Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Zrobiłem, co do mnie należało

Treść

Rozmowa z Mateuszem Sawrymowiczem, pływackim mistrzem świata

Proszę szczerze przyznać: spodziewał się Pan, że wróci z mistrzostw świata ze złotym medalem?
- Nie. Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że nie myślałem o medalu. Przed samymi mistrzostwami osiągałem bardzo dobre czasy, które dawały nadzieję, iż na zawodach może być nieźle. Także fachowcy widzieli mnie w gronie kandydatów do podium. Ale nie mówiłem o tym głośno. Starałem się tonować nastroje, nic nie obiecywałem. Do Melbourne jechałem po to, by zrobić, co do mnie należy. Wiedziałem, że jeśli się skupię na sobie, swoją pracę wykonam należycie, mogę postarać się o dobry wynik. To była moja taktyka na mistrzostwa.

Podobno tuż po rozpoczęciu współpracy z trenerem Mirosławem Drozdem obiecał mu Pan, że zostanie mistrzem świata. Ile w tym jest prawdy?
- No tak, pół żartem, pół serio tak powiedziałem. Na jednych z pierwszych zajęć trener mówił nam, jakich zawodników wcześniej prowadził, jakie z nimi osiągał sukcesy. I w pewnym momencie ja zapytałem, czy miał w grupie mistrza świata. Sporo w tym było żartu, ale i chciałem pokazać trenerowi, że bardzo mi zależy na postępie, że nie boję się ciężkiej pracy.

Teraz pewnie pyta się Pan trenera, czy prowadził mistrza olimpijskiego?
- Nie, nie, żadnych deklaracji już nie składam (śmiech). To był pierwszy i ostatni raz. Mogę tylko obiecać, że będę ciężko pracował i dawał z siebie wszystko. Do igrzysk nie zostało dużo czasu, zaledwie półtora roku. Medal być może jest po mistrzostwach bardziej realny, ale droga nadal jest daleka. Na pewno nie chcę spocząć na laurach!

Kiedy Pan uwierzył, że może w Melbourne stanąć na najwyższym stopniu podium?
- Dopiero, gdy dotknąłem ściany. Wiedziałem, że wyprzedziłem Rosjanina Jurija Priłukowa, ale jaka była sytuacja na pozostałych torach - do końca nie zdawałem sobie sprawy. Musiałem się zatem upewnić i dotarło to do mnie, gdy na tablicy pojawiły się wyniki.

Pana pierwszy trener, Bogdan Jardzoch, nie ma wątpliwości, że wygrał Pan złoto dzięki "głowie".
- I pewnie ma rację. W wyścigach na długim dystansie taktyka i psychika odgrywają bowiem ogromną, decydującą rolę. Trzeba płynąć swoim rytmem, wyczekać na odpowiedni moment do ataku, rozsądnie szafować siłami, nie ulegać emocjom. Nad taktyką pracuję już od dłuższego czasu, przed mistrzostwami dodatkowo ją doszlifowałem. Dużo pomógł mi również doktor Robert Śmigielski. Uświadomił mi, że w takich dyscyplinach jak pływanie liczę się tylko... ja. To, co dzieje się wokół, jak spisują się rywale, ma mniejsze znaczenie. O tym, jaką zajmę pozycję, decyduję ja sam, a nie przykładowo słabsza dyspozycja przeciwników. Wszystko jest w moich rękach. Wydaje mi się, że taki sposób myślenia okazał się jednym z kluczy do sukcesu. I z tego się najbardziej cieszę, bo medal wywalczyłem, nikt mi go nie podarował. Nie skorzystałem z błędu czy z kiepskiej formy rywali. Wygrałem, bo tego dnia byłem mocny i popłynąłem dokładnie tak, jak chciałem.

Dobrze wykonana praca potrafi dać wiele satysfakcji...
- ...a poza tym łagodzi ból przegranej. W sporcie, a pewnie i w innych dziedzinach życia, ważne jest, by człowiek cieszył się z tego, co robi. Najlepiej można zaobserwować to podczas treningu, gdy nie ma rywali, walki o medale i sławę. Jeśli dobrze wykonana praca, pokonana kolejna granica sprawia wówczas radość - jest dobrze. Pływanie to też taka dyscyplina, w której nie można oszukiwać w treningach. Owszem, czasem przytrafiają się gorsze dni, chwile słabości, w których nie wychodzi, jest źle, nie udaje się zrealizować programu. Ale nawet wtedy trzeba dawać z siebie wszystko, wymagać od siebie, po prostu pracować uczciwie.

Nie przerażają Pana wyzwania i trudności, jakie pływanie niesie ze sobą?
- Wiem, że to jedna z najtrudniejszych dyscyplin, na co dzień odczuwam, jakie wyrzeczenia niesie ze sobą. Treningi są ciężkie, ale już się do nich przyzwyczaiłem. Z jednej strony możemy narzekać, bo zabierają nam spory kawałek młodości, ale z drugiej - z biegiem czasu doceniamy trud, pot, dzięki którym do czegoś doszliśmy. Jesteśmy dumni, bo robiliśmy coś, co ukształtowało naszą osobowość.

Lekcja charakteru?
- I to dobra. Pomaga pokonać swoje słabości, rozwija nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Ja zacząłem pływać w wieku pięciu lat i od tego czasu moje życie kręci się wokół tego sportu. Czy coś przez to straciłem? Nie wiem! Czego oczy nie widziały, tego sercu nie żal. Pewnie moje życie wyglądałoby inaczej, ale ja niczego nie żałuję. Mimo wszystkich trudności pływanie daje mi ogromną satysfakcję, gdyby było inaczej, robiłbym coś innego.

Ma Pan swój sposób na radzenie sobie z trudnościami?
- Pomagają sukcesy, one są najlepszą motywacją. W najcięższych chwilach, gdy jest mocno pod górkę, myślimy o tych wszystkich chwilach radości, które już za nami i które dopiero mogą nadejść. To naprawdę napędza do działania.

Co zatem dalej? Mistrzem świata już Pan jest.
- Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc i ja nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Przeciwnie, jestem bardzo młodym zawodnikiem i dopiero rozpoczynam dużą - mam nadzieję - przygodę ze sportem. Mam swoje marzenia, ale nie chcę dużo o nich mówić. Wolę skupić się na pracy i robić swoje. Jestem dziś chyba bliżej medalu olimpijskiego. Sukces z Melbourne umocnił moją wiarę, że może się udać. Razem z trenerem czujemy, że idziemy dobrą drogą. Cały czas się rozwijam i liczę na to, że wkrótce zbliżę się do rekordu świata.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
"Nasz Dziennik" 2007-04-12

Autor: wa