Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Zmierzch ery dyktatorów

Treść

Po wielu latach od ustąpienia, podczas których świat próbował osądzić go za dyktatorskie rządy w Chile, w ubiegłym roku zmarł Augusto Pinochet. Teraz z ciężką chorobą walczy inny satrapa, kubański przywódca Fidel Castro. Pinocheta osądzi już tylko Bóg. Ale dyktatorzy na całym świecie zaczynają się bać. Ludzka sprawiedliwość upomina się o nich coraz częściej.

O tym, że grozi mu egzekucja, "etiopski Stalin" - Mengistu Hajle Mariam - dowiedział się niedawno. Gdy odczytywano wyrok orzekający karę śmierci, nie było go na sali rozpraw sądu w Addis Abebie. Byłego dyktatora osądzono zaocznie po trwającym 12 lat procesie. Zdaniem trzyosobowego składu orzekającego zasądzenie najwyższego wymiaru kary było jedynym możliwym werdyktem za zbrodnie ludobójstwa, jakich dopuścił się on podczas swego 17-letniego panowania.

Mengistu Hajle Mariam przejął władzę w Etiopii w 1973 roku po tym, jak grupa zamachowców pod jego przywództwem obaliła cesarza Hajle Sellasje. Nawiązał ciepłe kontakty z blokiem komunistycznym (m.in. z Polską), który wspierał swego nowego sojusznika w walce z imperializmem. Po przewrocie nastał czas terroru. Członkowie junty mają na sumieniu zbrodnie ludobójstwa, tortury, brutalne czystki personalne i wywołany szaleństwami gospodarczymi głód.

Terror i chaos

W 1991 r. Mengistu Hajle Mariam został wygnany z kraju przez partyzantów obecnego premiera Melesa Zenawiego. Gniazdo uwił sobie w Zimbabwe, gdzie od czterech lat rządził marksista Robert Mugabe.

W przeciwieństwie do mającego bardzo zabagnioną kartotekę kolegi z lat młodości, Mugabe uchodził wtedy za demokratę i rozsądnego przywódcę. Wkrótce jednak to się zmieniło i pod koniec ubiegłej dekady zaczął uprawiać populistyczną, agresywną politykę mającą odwracać uwagę od nieudolnego gospodarzenia i wciągnięcia kraju w kryzys. Jego desperackie ruchy przyniosły efekty odwrotne od spodziewanych. Najbardziej drastycznym przykładem był zabór gruntów należących do białych farmerów, co miało uzdrowić rolnictwo, a jednocześnie poprawić notowania Mugabe w czarnoskórym społeczeństwie. Bezprawna konfiskata ziemi zrujnowała rolnictwo tak, że w kraju pojawiło się widmo głodu. Za sprawą tego i innych posunięć od 20 lat w kraju systematycznie spadają stopa życiowa i przeciętna długość życia.

By zamydlić oczy opinii publicznej, satrapa przypuścił atak na Wielką Brytanię i... homoseksualistów. Londyn obwinił o intrygi, wspólnotę gejów o rzekome psucie wizerunku państwa (do czego sam walnie się przyczynił). Tłumił krytykę, aresztował dziennikarzy, prześladował, więził i dręczył przedstawicieli opozycji. Zwalczał i osłabiał adwokaturę. Został potępiony przez zachodnie kraje. Dobrych przyjaciół miał tylko w Chinach, które już w latach 60. i 70. finansowały go, gdy z bronią w ręku walczył z rządami białej mniejszości.

Robert Mugabe jest jednym z wielu bezwzględnych autokratów, jakich pełno w dziejach Afryki wyzwolonej spod jarzma kolonializmu. Na uchodźstwie w Dżuddzie w Arabii Saudyjskiej cztery lata temu zmarł ludożerca, były bokser, w latach 70. prezydent Ugandy Idi Amin. Przed ucieczką "ugandyjski rzeźnik" - jak go nazywano - przyjął islam, dzięki czemu otrzymał azyl od Saudyjczyków trzymających pieczę nad najświętszymi miejscami muzułmanów w Mekce i Medynie. Ten wielbiciel wodza III Rzeszy Adolfa Hitlera, który ciałami zakatowanych przeciwników karmił krokodyle, odpowiadał za zabójstwo pół miliona ludzi. W ramach porządkowania gospodarki kazał wygonić przedsiębiorczych Hindusów, na których opierał się cały biznes, tym samym wtrącając kraj w ekonomiczną zapaść.

Podobnie niechlubnie zapisał się w dziejach Zairu (obecnie Kongo) prezydent Mobutu Sese Seko Nkuku wa za Banga, czyli w tłumaczeniu: "Ten, który kroczy od triumfu do triumfu". Chaos, jaki po sobie pozostawił po 30 latach rządów absolutnych, przeczy jednak wymowie przydługiego nazwiska. Mobutu walnie przyczynił się także do bałaganu u sąsiadów, ingerując w wewnętrzne sprawy Rwandy (stanął tam po stronie plemienia Hutu, sprawców bezprecedensowej masakry ludu Tutsi). Po akcji wojsk rebeliantów 10 lat temu Zair pozbył się krwawego dyktatora. Zmuszony do rejterady Mobutu zaszył się w Maroku, gdzie po paru miesiącach zmarł na raka.

Na Liberię, która wcześniej prężnie rozwijała się gospodarczo, klęskę ściągnął Charles Taylor. W 1989 roku rozpętał i wygrał wojnę domową. Skutkiem tyranii, jaką narzucił, były masowe mordy, rabunki i ruina miast. Stolica kraju Monrowia, kiedyś wzorzec ładu i pomyślności dla innych metropolii Czarnego Lądu, została bez dostaw prądu, wody i gazu. Przed czterema laty Taylor osiedlił się w Nigerii, ale nie dane mu było dokończyć żywota na wolności. W ubiegłym roku pod naciskiem USA Nigeryjczycy przekazali go Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu w Hadze.

Drodzy przywódcy

Dzisiejszy totalitaryzm nie jest tylko specjalnością Afryki. Pod koniec grudnia na chorobę serca zmarł Saparmurad Nijazow - Turkmenbasza (czyli ojciec wszystkich Turkmenów). Dyspozycyjni historycy wywiedli, że był on potomkiem samego Aleksandra Wielkiego. Próżny przywódca był takim mistrzem w tworzeniu i urozmaicaniu form kultu jednostki, że Józef Stalin mógłby mu czyścić buty. Nijazow kazał zbudować w samym centrum Aszchabadu 70-metrowy Łuk Neutralności, który zwieńczono 12-metrowym, całym ze złotego kruszcu, posągiem przedstawiającym jego postać. Konstrukcja jest obrotowa i kręci się tak, aby głowa samowładcy zawsze była zwrócona w stronę słońca.

W państwie rządzonym przez turkmeńskiego demiurga, który odbierał emerytury, ale za to rozdawał za darmo prąd i gaz, groteska przeplatała się z horrorem. Cała opozycja trafiła za kraty lub w najlepszym razie powędrowała na emigrację. Oszołomieni narkotykami, poddawani psychicznym i fizycznym katuszom jej reprezentanci publicznie przyznawali się do rzekomych planów zamachu na Nijazowa. Tylko dzięki eksportowi surowców energetycznych oraz wełny i bawełny, mimo ekscesów rządzącej kliki, Turkmeni nie głodują.

O przywileju sytości mogą tylko pomarzyć mieszkańcy Korei Północnej, skazani na "drogiego przywódcę" Kim Dzong Ila, często określanego mianem bestii w ludzkiej skórze. Jest synem "czerwonego cesarza", nieżyjącego od 1994 roku Kim Ir Sena - twórcy komunistycznego rezerwatu w północnej części Półwyspu Koreańskiego. Kimowie, podobnie jak Nijazow, wytworzyli wokół siebie kult jednostki kosztujący miliardy dolarów, na które - w przeciwieństwie do Turkmenistanu - Korei Północnej nie stać.

Nędzę i wegetację narodu dobrze obnażył nakręcony ukrytą kamerą film pokazany przez telewizję CNN. Dokument ujawnił, że w północnokoreańskim gułagu na porządku dziennym jest powoływanie doraźnych "ludowych" sądów i plutonów egzekucyjnych. Na miejscu uśmiercają one drobnych złodziejaszków, którzy na bazarze ukradli kilka ziemniaków lub garść ryżu. Ci, którzy zbiegli do Korei Południowej, opowiadali też o fabrykach śmierci - laboratoriach chemicznych, w których więźniowie pełnią rolę królików doświadczalnych. Wymachującemu bronią atomową, podejrzewanemu o paranoję Kimowi na razie wszystko uchodzi na sucho.

Z okrucieństwa słynie także Islam Karimow, tytułowany sułtanem ze względu na stan konta i totalne podporządkowanie sobie obywateli Uzbekistanu. Niespełna dwa lata temu na jego rozkaz rozgromiono demonstrację protestacyjną w Andiżanie na południu kraju. Od kul strzelającego na chybił trafił wojska zginęło kilkaset osób. Karimow nie zgodził się, by zbrodnię zbadała komisja międzynarodowa. Wszechobecna policja zatrzymuje kogo, i kiedy, chce, wymierza mandaty i wymusza haracze. Policyjny system kwitnie, zaś jego twórca zawczasu myśli o kontynuacji dynastii, promując na swą następczynię córkę Gulnarę.

Na tle Karimowa i Kim Dzong Ila aniołkiem i liberałem wydać się może Fidel Castro, niezmiennie od 1959 roku sprawujący rząd dusz na Kubie. Nic bardziej błędnego. Choć el Commandante reklamuje swój kraj jako wyspę wolności, to wolności jest tam akurat tyle, ile racjonowanej, kartkowej żywności. Gospodarka zaś wygląda tak, jak odrapane fasady pięknych niegdyś kamienic na starówce w Hawanie. Politycy, którzy nie podzielają poglądów i metod wodza rewolucji sprzed 48 lat, nie żyją, siedzą w więzieniu albo oczekują lepszego jutra na emigracji w Stanach Zjednoczonych. Kto wie, czy nie nadejdzie ono zaraz po zbliżającym się szybkimi krokami odejściu złożonego ciężką chorobą Castro.

Strach przed losem Husajna

Współczesne awanturnictwo polityczne i ekonomiczne nie jest tylko specjalnością Trzeciego Świata. Mamy z nim do czynienia we wszystkich częściach świata, nawet w Europie. W sporym stężeniu występuje za naszą miedzą, na Białorusi, którą feudalnie włada operetkowy, acz śmiertelnie niebezpieczny dla oponentów Aleksander Łukaszenko.

Kilku politycznych adwersarzy Łukaszenki zaginęło bez wieści. Na skutek likwidacji niezależnych mediów i sfałszowanych wyborów reszta ma zakneblowane usta. Poddani nazywają go Bat'ka ("tatuś"), bo ma do nich ojcowski, paternalistyczny stosunek. Wszystkiego sam dogląda i - jak to feudalna głowa rodziny - jednoosobowo decyduje o podziale konfitur i rozstawia po kątach. Kontroluje anachroniczną gospodarkę, która bez tańszych rosyjskich surowców dawno by się posypała jak domek z kart. Wiele wskazuje na to, że kiedyś zostanie przez społeczeństwo surowo rozliczony. Nie można też wykluczyć, że wcześniej wysadzą go z siodła moskiewscy protektorzy.

Mimo co i rusz wyskakujący jak diabeł z pudełka postaci w rodzaju Wenezuelczyka Hugo Chaveza dyktatorzy systematycznie tracą grunt pod nogami. To normalne w dobie globalizacji, gdy ludzie intensywnie przemieszczają się i podróżują. Narasta przepływ idei i obrazów, możliwy dzięki Internetowi, telewizji satelitarnej oraz coraz sprawniejszej i tańszej telefonii. Owocuje także działalność licznych organizacji pozarządowych. Wyniki przynosi też presja możnych krajów.

Swoje robi także strach kacyków przed losem, jaki spotkał irackiego dyktatora Saddama Husajna i pewnie dosięgnie w końcu Etiopczyka Mengistu Hajle Mariama.

HENRYK SUCHAR
"Dziennik Polski" 2007-02-07

Autor: wa