Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Zimny, bardzo zimny prysznic

Treść

Miało być pięknie, miał być rekord, dobre nastroje na najbliższe miesiące. Niestety, nie będzie. W środowy wieczór dostaliśmy zimny prysznic. Bolesny i niespodziewany. Po beznadziejnym występie nasi reprezentanci przegrali z USA 0:1. Jedyne z czego możemy się cieszyć (choć przez łzy), to fakt, że był to pojedynek towarzyski.
Jeszcze nigdy nasza piłkarska drużyna narodowa nie wygrała ośmiu meczów z rzędu. Pięć razy triumfowała w siedmiu, teraz miała wreszcie szansę zwyciężyć w ośmiu. Nadzieje były spore. Po sukcesach w meczach z Węgrami, Włochami oraz Serbią i Czarnogórą mocna, bo mocna, ale wciąż dla nas egzotyczna drużyna USA jawiła się jako rywal do pokonania. Zwłaszcza że zaczynaliśmy nabierać pewności co do siły naszego zespołu.
Tej pewności, co było widać w środę, nabrali i nasi piłkarze, a to skończyło się fatalnie. Po dziewięćdziesięciu minutach bezładnej i chaotycznej kopaniny podopieczni Pawła Janasa przegrali z Amerykanami 0:1 - i to był niski wymiar kary. Polacy zagrali źle. Bez pomysłu, wiary i zaangażowania. Bez większych chęci. Na stojąco. Popełniali proste błędy. Wszyscy co do jednego. Być może jeden jedyny Damian Gorawski, wprowadzony na boisko po godzinie gry, starał się wnieść pewne ożywienie, ale animuszu na długo mu nie wystarczyło. Pozostali, przede wszystkim pomocnicy, a więc kreujący obraz gry, wypadli żałośnie. Arkadiusz Radomski potwierdził, że powołanie było błędem. Kolejnego nie będzie. Euzebiusz Smolarek, choć się starał, znikał z każdą upływającą minutą. Mariusz Lewandowski nie zagrał ani jednej dobrej prostopadłej piłki do napastników. Mirosław Szymkowiak w ciągu kilku minut po wejściu na boisko zaliczył więcej niedokładnych zagrań niż w całej rundzie jesiennej w barwach Wisły. Jacek Krzynówek - najjaśniejsza postać w drugiej linii - nie przypominał dynamicznego i błyskotliwego gracza z meczu z Włochami... I tak dalej. O grze obrońców, Jerzego Dudka i napastników nie ma potrzeby wspominać.
Pierwszy celny strzał na bramkę Amerykanów oddał w 65. min Gorawski. I to o czymś świadczy. Być może w drugiej połowie (bo pierwsza była straszna) nasi pokazali, że jednak coś potrafią, ale zbyt rzadko. Ani raz poważnie nie zagrozili dobrze zorganizowanym, niezłym technicznie i o wiele szybszym rywalom.
Taki mecz, jak ten środowy, musiał kiedyś przyjść. Dobrze, że zimny prysznic spotkał nas w meczu towarzyskim, a nie w ważnym pojedynku o punkty eliminacji mistrzostw świata. Szkoda, że dobra passa została przerwana, gorzej, że Amerykanie pokazali nam miejsce w szyku.
Piotr Skrobisz
Nasz Dziennik 2-04-2004

Autor: DW