Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Zawsze uśmiechnięty geniusz futbolu

Treść

Nie było zaskoczenia, bo po prostu być go nie mogło: Brazylijczyk Ronaldinho z Barcelony otrzymał "Złotą Piłkę" - prestiżową nagrodę przyznawaną najlepszemu piłkarzowi grającemu w Europie. To wybór oczekiwany i jedyny możliwy. Zawsze uśmiechnięty geniusz współczesnego futbolu ma bowiem za sobą rewelacyjny sezon, w którym jego talent rozbłysnął w pełni, zachwycając wszystkich, nawet... kibiców Realu Madryt. A ich o sympatię dla jego "Barcy" trudno posądzić.
W Europie, a pewnie i na świecie, nikt nie gra dzisiaj piękniejszej piłki niż Barcelona. Wspaniałej dla oka, budzącej doznania estetyczne, a przy tym efektownej, skutecznej i poza zasięgiem praktycznie każdego rywala. I choć ma w składzie wielu graczy wybitnych, wspaniałych i wyjątkowych, trudno ją sobie wyobrazić bez tylko jednego. Kreatora jej poczynań, architekta sukcesu, prawdziwego geniusza, uznawanego za najlepszego zawodnika świata: Ronaldinho.
Niewiele brakowało, aby Brazylijczyk nie trafił do Katalonii. Gdy było pewne, że opuści francuski Paris Saint-Germain (do tego klubu przeszedł w lipcu 2001 r. z Gremio Porto Alegre i występował przez kolejne dwa lata), intensywne rozmowy prowadził z Manchesterem United. "Barca" nie była nim także zbytnio zainteresowana, zarzucając sidła na... gwiazdora MU, Davida Beckhama. Gdy Anglik ostatecznie wybrał ofertę Realu Madryt, w Barcelonie dało się odczuć jęk zawodu i złości. Szybko zrealizowano wariant rezerwowy, bo drużyna potrzebowała wzmocnień. Działacze spotkali się z Ronaldinho i jego menadżerem, niedługo później na konto PSG przelana została suma niespełna 30 milionów euro. Brazylijczyk stał się graczem "Barcy". Dziś jego wartość jest kilkakrotnie wyższa. Gdy Roman Abramowicz, właściciel londyńskiej Chelsea, zaproponował za niego równe 100 milionów euro, działacze Barcelony tylko się uśmiechnęli. Dla nich Ronaldinho jest bezcenny. Nie na sprzedaż. Za 100, nawet 200 milionów. Jest symbolem Barcelony, a symboli pozbywać się nie można.
Na samym początku katalońscy kibice (ale i działacze) patrzyli na Brazylijczyka z pewną rezerwą. Wszyscy bowiem mieli jeszcze w pamięci nieudane pertraktacje z Beckhamem, żałowali nieudanego zakończenia. Szybko jednak o Angliku zapomnieli, bo Brazylijczyk zaczął grać niesamowicie. Wyciągnął Barcelonę z kryzysu, w którym znajdowała się od kilku lat. I uczynił to praktycznie w pojedynkę. W pierwszym sezonie gry w lidze hiszpańskiej zdobył 14 bramek, przyczynił się do serii 17 meczów bez porażki i drugiego miejsca w Primera Division. Wszedł na szczyt, a Barcelona na niego wróciła. Działacze, którzy przekonali się, że mają u siebie prawdziwy skarb, postanowili drużynę wzmocnić. I tak w przerwie między sezonami trafili do niej m.in. Kameruńczyk Samuel Eto'o, Portugalczyk Deco i Szwed Henrik Larsson. "Barca" zmontowała wspaniały skład, zdolny do gry cudownej i nadzwyczajnej. Ronaldinho pozostał ten sam. Ponad wszystkich. Indywidualność między indywidualnościami.
Strzelał niezwykłe gole. Bramkarzy Chelsea Londyn i AC Milan w rozgrywkach Ligi Mistrzów pokonywał uderzeniami, które przeszły do historii i stały się podręcznikowymi przykładami futbolowego artyzmu. Dogrywał kolegom, rozgrywał fantastyczne akcje, mijał rywali, jak chciał, pokazywał techniczne sztuczki wydawałoby się niemożliwe do wykonania, a wszystko z "firmowym" uśmiechem na ustach. Bo jego gra zawsze cieszyła, sprawiała nieukrywaną radość. Również nie była to (i nie jest) poza gwiazdora, który nagle znalazł się na szczycie. Przeciwnie.
Ronaldinho tak jak wielkim jest piłkarzem na boisku, tak poza nim jest zwykłym, normalnym i skromnym człowiekiem. Sam nie uważa się za gracza nadzwyczajnego, a na określenie "geniusz" wręcz się obrusza. Wie, że osiągnął sukces, że jest sławny, bogaty, szczęśliwy, że realizuje marzenia. Nie zapomniał jednak, skąd przyszedł, i podkreśla, że wobec Boga i bliskich ma ogromny dług wdzięczności. Gdy w poniedziałek odbierał "Złotą Piłkę", powiedział: - Pojedzie ona teraz do mych partnerów z Barcelony i z reprezentacji Brazylii, którym ją dedykuję. Odbierając tę nagrodę, myślę też o mojej rodzinie i przyjaciołach, o tych, którzy rozpoczynali grę razem ze mną, którzy pomogli mi wspiąć się na ten poziom, o osobach, których już nie ma.
Na sali byli oczywiście najbliżsi Brazylijczyka - jego mama (ojciec zginął tragicznie, gdy Ronaldinho miał osiem lat), rodzeństwo i przyjaciele. Towarzyszą piłkarzowi na każdym niemal kroku, są z nim w chwilach zwycięstw i porażek. Z tym że tych pierwszych jest zdecydowanie więcej.
Ronaldinho jest dziś najlepszym piłkarzem świata i co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości. Także dwaj ludzie, uznawani za najlepszych w dziejach: rodak Pele i Argentyńczyk Diego Maradona. Jest też w wieku, który pozwala wierzyć, że dopiero znajduje się w drodze na sam szczyt. A że chce pracować, cieszy się piłką, wciąż się rozwija i doskonali swe umiejętności... Kto wie, może kiedyś jego nazwisko będzie się wymieniało jednym tchem obok Pelego i Maradony?
19 listopada w najsłynniejszym piłkarskim klasyku świata spotkały się Real Madryt i Barcelona. I choć gospodarzem byli "Królewscy", to goście wygrali, i to bezapelacyjnie, bo 3:0. Ronaldinho strzelił dwie bramki, obie po akcjach genialnych, niesamowitych, pięknych. Gdy trafił po raz drugi, ośmieszając defensywę rywali, kibice Realu wstali z miejsc i urządzili mu owację. Jak sam później przyznał, była to jedna z najbardziej niezwykłych chwil w jego karierze. Dla wszystkich najlepszy dowód na to, kto jest obecnie najlepszym piłkarzem świata. Kolega z drużyny, Samuel Eto'o, powiedział po meczu: - Bramki Ronaldinho były tak piękne, że należałoby je umieścić w muzeum. Trudno o lepszy komentarz.
Ronaldo de Assis Moreira (bo tak brzmi jego pełne imię i nazwisko) urodził się 21 marca 1980 r. w Porto Alegre. Jak każdy młody chłopak z jego kraju dzieciństwo spędził - oprócz domu i szkoły - na piłkarskim boisku. Po kilka godzin dziennie grywał z kolegami, wyróżniał się, ale futbolowych talentów w Brazylii jest tysiące. Dziesiątki robią karierę, na sam szczyt dochodzi niewielu. On jest już wśród nich, a jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.
Piotr Skrobisz

"Nasz Dziennik" 2005-11-30

Autor: ab