Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Zaszczuć posła

Treść

Tajne dokumenty z akt śledztwa dotyczące dochodzenia w sprawie okoliczności śmierci mężczyzny, który w grudniu ub.r. napastował, a następnie usiłował uprowadzić syna posła Dawida Jackiewicza (PiS), które trafiły na łamy wrocławskiej "Gazety Wyborczej", "wyciekły" z wrocławskiej prokuratury.



Informacje, jakie uzyskaliśmy, wskazują na to, że było to działanie nieprzypadkowe. Wśród dokumentów znalazły się tzw. dane wrażliwe, które posłużyły kampanii mającej na celu zdyskredytowanie wrocławskiego parlamentarzysty. Prokuratura odbija piłeczkę i zapewnia: "to nie my".
- W sprawie tzw. wycieku ze sprawy dotyczącej posła Dawida Jackiewicza po ukazaniu się artykułu na ten temat w "Gazecie Wyborczej" Prokuratura Rejonowa Wrocław Krzyki prowadząca śledztwo podjęła decyzję o wyłączeniu materiałów w sprawie ujawnienia dokumentów objętych tajemnicą śledztwa celem przeprowadzenia odrębnego postępowania karnego - poinformowała nas Edyta Żyła z Biura Prasowego Ministerstwa Sprawiedliwości.
Na początku kwietnia bieżącego roku w internetowym wydaniu wrocławskiej "Gazety Wyborczej" opublikowano kopie tajnych dokumentów ze śledztwa prowadzonego przez wrocławską prokuraturę dotyczącego tzw. sprawy posła Dawida Jackiewicza, wśród nich materiały zawierające tzw. dane wrażliwe, a więc objęte szczególną tajemnicą. Jak udało się dowiedzieć "Naszemu Dziennikowi", 18 kwietnia 2007 roku dane dotyczące "wycieku" tajnych dokumentów z akt śledztwa zostały przekazane Prokuraturze Apelacyjnej we Wrocławiu. Na podstawie tych materiałów stwierdzono, że istnieje uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa, i 19 kwietnia zadecydowano o wszczęciu postępowania w tej sprawie.
- Od kilku dni prowadzimy śledztwo w tej sprawie. Mamy pewne podejrzenia, jednak na razie nie chciałbym tego ujawniać - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" prokurator Leszek Karpina, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu.

Kampania nienawiści
Tajne dokumenty "wyciekły" z akt śledztwa prowadzonego przez wrocławską prokuraturę. Co więcej, publikacje na internetowych stronach wrocławskiej "Gazety Wyborczej" ujawniające dokumenty ze śledztwa pojawiły się w chwili, kiedy Jackiewicz, były wiceprezydent miasta, oficjalnie zadeklarował wolę ubiegania się o szefostwo wrocławskiego PiS. Pojawił się cykl artykułów, których cel był aż nadto wyraźny - zdyskredytowanie posła. Sugerowano w nich, że parlamentarzysta zamierza ukryć się za immunitetem, że korzysta z ochrony ministra Zbigniewa Ziobry, wreszcie, że nieprzypadkowo śledztwo prowadzone jest - jak twierdziła "Gazeta Wyborcza" - "przewlekle". Wszystko jednak wskazuje na to, że przekazanie dokumentów dziennikarzowi "Gazety" to nie przypadek. Wraz z publikacjami sugerującymi "wyciszanie" sprawy odezwali się parlamentarzyści PO, w tym cieszący się - jak twierdzą nasi informatorzy - wielkimi wpływami we wrocławskiej prokuraturze poseł Grzegorz Schetyna. Politycy Platformy sugerowali "chronienie Jackiewicza" i domagali się zdecydowanego "wyjaśnienia sprawy". Kuriozalnie stawiano również znak równości pomiędzy sprawą broniącego rodziny Jackiewicza a podejrzewaną o korupcję poseł Małgorzatą Ostrowską (SLD).

Kto sprzedał "kwity"?
Czy dokumenty dotyczące sprawy posła Dawida Jackiewicza "wyciekły" z akt śledztwa i trafiły do "Gazety Wyborczej" "na polecenie" konkurującego z Jackiewiczem o głosy wrocławskich wyborców posła Schetyny? Tego nie udało nam się ustalić. Nie ulega jednak wątpliwości, że Schetyna od lat cieszy się wielkimi wpływami we wrocławskich organach ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Zdaniem naszych informatorów, niektórzy z dolnośląskich prokuratorów wręcz zabiegają o względy parlamentarzysty PO. Czy wykorzystano więc wrocławską prokuraturę do walki politycznej? Przedstawiciele Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu zapewniają, że "przeciek" nie nastąpił u nich. Co ciekawe, publikowane na stronach internetowych wrocławskiej "Gazety Wyborczej" dokumenty dotyczące Jackiewicza zostały usunięte... kilka dni po przesłaniu do wrocławskiej prokuratury okręgowej przez "Nasz Dziennik" pytań dotyczących całej sprawy.
- Nie jesteśmy źródłem tego przecieku. Sprawdziliśmy i ten przeciek nie nastąpił u nas. Zresztą proszę zobaczyć, jak jesteśmy bardzo atakowani, że prowadzimy przewlekle sprawę - tłumaczy prokurator Leszek Karpina, rzecznik wrocławskiej prokuratury.
Jednak jak twierdzą nasi informatorzy, zapewnienia wrocławskich prokuratorów nie są do końca wiarygodne, a informacje zawarte w ujawnionych dokumentach, m.in. sygnatura akt wskazuje jako miejsce "przecieku" właśnie wrocławską prokuraturę. Nie byłby to zresztą pierwszy raz. Jak wynika z naszych ustaleń, wcześniej takimi zręcznie spreparowanymi "przeciekami" - skompromitowani nieprawidłowościami w śledztwie dotyczącym prezesów "Bestcomu" - wrocławscy prokuratorzy zamierzali zablokować publikacje "Naszego Dziennika" ujawniające kulisy całej afery. W tej sprawie wszczęto osobne śledztwo.
- Nie mamy informacji na ten temat, jednak dane zawarte w pana pytaniu obligują prokuraturę do wdrożenia stosownego postępowania w tym zakresie - poinformowano nas w Ministerstwie Sprawiedliwości.
Na prokuraturę jako źródło "przecieku" wskazują również informacje uzyskane przez nas we wrocławskiej policji.
- Wydział Kontroli Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu sprawdził okoliczności publikacji w prasie. Ustalono, że funkcjonariusze zabezpieczyli ślady i dowody istotne dla procesu wykrywczego, a następnie wszystkie te materiały zostały przekazane do prokuratury. Policjanci nie mieli wglądu do akt sprawy, wykonywali jedynie czynności zlecone przez prokuraturę. Wszelkie postanowienia, między innymi związane z powoływaniem biegłych, wydawała prokuratura, a więc odbywało się to poza policją - zapewniła nas komisarz Beata Tobiasz, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu.

Obronił żonę i dziecko
Cała sprawa dotyczy zdarzenia, jakie miało miejsce 27 grudnia ubiegłego roku przy ulicy Świeradowskiej we Wrocławiu. Pijany i agresywny mężczyzna Zbigniew M. najpierw w autobusie, a następnie już poza pojazdem zaczepiał żonę posła PiS i próbował wyrwać jej dziecko - sześcioletniego syna Natana. Dotychczasowe ustalenia policji potwierdzają, że mężczyzna Zbigniew M. zachowywał się w sposób, który wskazywał na realne zagrożenie dla zdrowia i życia tak kobiety, jak i dziecka. Kilkanaście minut później Jackiewicz, który przyjechał po żonę i synka ukrywających się przed napastnikiem w pobliskim sklepie (kamery zarejestrowały agresora szukającego dziecka), zobaczył wskazanego przez swą małżonkę Zbigniewa M. w stojącym na pętli autobusowej pojeździe. Poseł poprosił wówczas kierowcę autobusu o zamknięcie drzwi i wezwanie policji. Jednak zanim na miejsce zdarzenia dotarli funkcjonariusze, Zbigniew M. ponownie próbował zaatakować kobietę i wyrwać jej dziecko. Jackiewicz broniąc syna i żony, odepchnął napastnika. Pijany mężczyzna upadł i stracił przytomność. Zmarł kilka dni później. Policja wszczęła śledztwo.
- Prawdopodobnie już teraz zrzeknę się immunitetu i poproszę o skierowanie przeciwko mnie aktu oskarżenia do sądu. Tylko w ten sposób mogę bowiem jawnie, przy otwartej kurtynie, bronić swojego dobrego imienia. Myślę, że każdy mężczyzna w takiej sytuacji broniłby swojego dziecka, rodziny. Ale ze mnie, dla celów politycznych, robi się przestępcę, nie dając szans na obronę - mówi Dawid Jackiewicz.
Wojciech Wybranowski
"Nasz Dziennik" 2007-04-25

Autor: wa