Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Żal i niedosyt

Treść

Gdyby Marek Zieńczuk wykorzystał choć jedną z czterech znakomitych sytuacji, sędzia uznał bramkę Marka Penksy, czerwonej kartki nie ujrzał Radosław Sobolewski, a Radosław Majdan nie popełnił fatalnego błędu w dogrywce - może wtedy piłkarze krakowskiej Wisły awansowaliby do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Może, ale gdybanie nie ma dziś żadnego sensu. Podopieczni Jerzego Engela nie obronili w Atenach solidnej zaliczki wywalczonej przed własną publicznością, przegrali 1:4 i starcia najlepszych, i najbogatszych znów będą oglądali jedynie w telewizji. Pozostał żal i niedosyt, bo szansa była niepowtarzalna.
Jeszcze nigdy w historii Wisła nie była tak blisko Ligi Mistrzów. Przed dwoma tygodniami w świetnym stylu pokonała w Krakowie Panathinaikos 3:1 i zyskała świetną pozycję wyjściową. Do rewanżu przygotowywała się niebywale solidnie, z dbałością o najdrobniejszy szczegół. Zawodnicy polecieli do Aten ufni we własne siły, przekonani o swej wartości i dobrej myśli. Było to widać w początkowych minutach meczu. Wiślacy rozpoczęli bowiem bardzo dobrze, spokojnie i na luzie. Sobolewski i Mauro Cantoro absolutnie zdominowali środek boiska, skoncentrowani i zmotywowani Tomasz Kłos i Arkadiusz Głowacki stanowili zaporę nie do przejścia, a z przodu raz po raz przypominali o sobie Tomasz Frankowski, Paweł Brożek i Marek Zieńczuk. Wisła tak zaskoczyła gospodarzy, iż... szybko mogła i powinna sprawę załatwić. Niestety, w świetnych sytuacjach zabrakło zimnej krwi Zieńczukowi, nieco szczęścia - dwójce napastników. Przez godzinę Polacy kontrolowali przebieg wydarzeń na boisku, by nagle i z niezrozumiałych powodów dać narzucić sobie styl gry rywali. Ateńczycy w mig wyczuli chwilę słabości naszych i zdecydowanie zaatakowali. Przed przerwą nic złego Wisły jednak nie spotkało, w czym zasługa Majdana.
A po niej powinno być po meczu! Przez trzy minuty drugiej połowy mistrzowie Polski stworzyli sobie trzy świetne sytuacje, z których najlepszą - wręcz idealną - miał Zieńczuk. Gdyby ją wykorzystał, Panathinaikos by się już nie podniósł. Stało się inaczej. Co gorsza, z upływającym czasem krakowianie słabli, a Grecy zyskiwali wiatr w żagle. Między 62. a 65. minutą doszło do katastrofy, gospodarze strzelili dwie bramki (znów beznadziejne zachowanie wiślaków przy stałych fragmentach gry) i w tym momencie oni byli w Lidze Mistrzów. Wisła potrafiła się jednak otrząsnąć i za to jej chwała. W końcowym kwadransie znów grała swoje, znów przeważała. Gdy w 78. minucie Sobolewski fantastycznie uderzył z dystansu, pokonując Mario Galinovica, wydawało się, że szczęścia nikt i nic im nie odbierze. Radość była zbyt wczesna. Na trzy minuty przed ostatnim gwizdkiem sędziego kolejny błąd popełnili obrońcy i do dogrywki doprowadził Dimitris Papadopoulos. Za chwilę czerwoną kartkę ujrzał Sobolewski, co oznaczało, że przez pół godziny dogrywki jego koledzy będą musieli grać w osłabieniu.
I to był już dramat. Wiślacy słabli i słabli, gospodarze raz po raz stwarzali sobie świetne sytuacje. Kapitalnie bronił Majdan, ale w 112. minucie strasznie skiksował i Grecy zdobyli bramkę na wagę awansu. Marzenia o Lidze Mistrzów znów prysły.
Pozostał jednak wielki żal, bo tak wcale nie musiało być. Gdy Wisła grała swoje, spokojnie i rozważnie, gdy z pasją i pomysłem atakowała, gospodarze gubili się i tracili gdzieś pewność siebie. Momentami sprawiali wrażenie zagubionych i przestraszonych takim obrotem sprawy. Na swoje nieszczęście pod bramką rywala krakowianie (a przede wszystkim Zieńczuk) tracili głowę. Marnowali seryjnie okazje, a to się lubi mścić.
Miał rację trener Jerzy Engel, chwaląc swych podopiecznych za walkę i zaangażowanie. Miał rację, wytykając błędy sędziemu, który (dlaczego, wie chyba tylko on) nie uznał bramki Penksy i nie pokazał ewidentnej czerwonej kartki Flavio Conceicao. Ale to nie przez Mike'a Rileya wiślacy nie zagrają w Lidze Mistrzów. Prawda jest taka, że sami są sobie winni. Stanęli przed wielką szansą i mieli wiele okazji, by rywala dobić i odebrać mu nadzieję. Tak się nie stało. Miast wejść do elity, pozostała im rywalizacja w Pucharze UEFA. Sława, chwała i kilka milionów euro przeszło im koło nosa. A było na wyciągnięcie ręki...
Teraz Wisła będzie próbowała, ba - będzie musiała zajść jak najdalej w Pucharze UEFA. Jak, jeszcze nie wiadomo. W Atenach kilku piłkarzy zawiodło (szczególnie Kalu Uche, który znów grał, jakby na niczym mu nie zależało), Tomasz Frankowski ma propozycję z klubów hiszpańskich. Być może w drużynie dojdzie do jakichś zmian. Mimo fatalnego obrazu finalnego starcia z wicemistrzami Grecji krakowianie pokazali, że są drużyną, która wie, czego chce, zdolną do sprawienia niejednej niespodzianki i ze sporym potencjałem. Owszem, Puchar UEFA to nie Liga Mistrzów, ale dlaczego by nie postarać się to trofeum... zdobyć?
Piotr Skrobisz

"Nasz Dziennik" 2005-08-25

Autor: ab