Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Zachód pobłaża Moskwie

Treść

Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w dziedzinie polityki z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Marta Ziarnik

Czy rzeczywiście państwa i społeczeństwa Zachodu postrzegają Rosję jako coraz większe zagrożenie dla siebie i swoich interesów, skoro obserwujemy ciągłe zacieśnianie się stosunków pomiędzy nimi?
- Związki gospodarcze są zawsze poza wszelkimi działaniami politycznymi, dlatego też zawsze bym to oddzielał. W kwestiach militarnych mam wrażenie, że ostatnie wydarzenia na Kaukazie Południowym były pewnym konkretnym wskazaniem dla państw zachodnich, że Rosja przestała się kamuflować ze swoją polityką. Rosja wyraźnie i jednoznacznie określa Gruzję i Ukrainę jako tereny swoich wpływów. Zatem jeżeli pada pytanie, czy państwa zachodnie i obywatele państw zachodnich chcą umierać za wolną Ukrainę i wolną Gruzję, to już mam dużą wątpliwość. To samo dotyczy państw bałtyckich. To, co robi w tym momencie Rosja, mam na myśli politykę paszportową, wyraźnie wskazuje, że będzie próba powielenia scenariusza z Osetii Południowej i Abchazji. Na dobrą sprawę, wyrabiając paszporty, Rosjanie są w stanie doprowadzić do rozbioru Ukrainy i państw bałtyckich. A tu jest już bardziej skomplikowana sprawa. Musimy bowiem pamiętać, że państwa bałtyckie są członkami Unii Europejskiej i przede wszystkim NATO.

Mówi się, że aby zachowywać pokój, trzeba się zbroić. Jak zatem ustosunkuje się Pan do sondaży, wedle których Europa Zachodnia sprzeciwia się zwiększeniu wydatków na obronę?
- Mam wrażenie, że politycy europejscy wierzą w wieczny pokój i nie biorą pod uwagę tej cykliczności, z jaką mamy do czynienia w historii. Niestety, już tak jest, że po czasach długotrwałego pokoju, jak to mawiają politolodzy, gdzieś muszą wybuchnąć magazyny z bronią. To są pewne prawidłowości, które się powtarzają i człowiek ma na to najmniejszy wpływ. Dzisiaj mamy do czynienia z ogniskiem zapalnym w Afganistanie, ale także w sąsiadującym z Indiami Pakistanie. Widzimy więc, że tych ognisk zapalnych jest bardzo dużo. Nie wspomnę tutaj o Gruzji. Na dobrą sprawę, gdyby Gruzini chcieli uruchomić swoją armię i naprawdę podjąć się obrony swojego terytorium, to mielibyśmy do czynienia z naprawdę groźną i długotrwałą wojną na terenie Kaukazu. Wówczas Rosjanie mieliby naprawdę poważne problemy. To nie byłaby typowa wojna frontowa, ale wojna partyzancka.
Reasumując, Europejczycy ciągle wierzą w wieczny pokój, a niestety w czasach zimnej wojny tylko świadomość, że każda ze stron ma broń atomową, uratowała świat przed wojną atomową. Gdyby nie ta równowaga sił, trudno by było mówić o pokoju.

Jakie zatem mogą być konsekwencje faktu, ze Europa nie chce się zbroić?
- Najprostszą konsekwencją będzie to, że w grupie NATO-wskiej nastąpi poważny rozłam i większość państw stchórzy po prostu i nie zgodzi się na przyjęcie Gruzji i Ukrainy. Będzie to nic innego jak oddanie tych państw pod wpływy Rosji. Po części państwa NATO-wskie już to zrobiły, kiedy miały szansę wiosną przydzielić Plan Działań na rzecz Członkostwa w NATO (MAP). Dotyczy to w szczególności Gruzji, która jest już po referendum. Nikt nie może mówić, że państwa zachodnie chcą komuś cokolwiek narzucić. Znacznie bardziej skomplikowana sytuacja jest na terytorium Ukrainy, gdzie to lobby prorosyjskie i system funkcjonowania państwa w znacznym stopniu jest oparty o struktury postsowieckie.

Rosja zatem widzi, że te "grzeszki" wojen światowych szybko zostały jej zapomniane i ma nowe pole do manewru...
- Dzisiaj, w odróżnieniu od tego, co było w trakcie pierwszej i drugiej wojny światowej, ważnym czynnikiem jest czynnik gospodarczy. Musimy zwrócić uwagę na to, że ogromny odpływ kapitału z giełdy moskiewskiej połączony z ogólnym kryzysem gospodarczym na świecie spowodował, że obecnie na jaw wychodzi cała słabość i ułomność struktury gospodarczej Rosji. Fakt zablokowania notowań największych spółek rosyjskich świadczy o tym, iż gospodarka rosyjska jest kiepska. Kryzys w dobie gospodarki globalnej dotyka wszystkich - i Amerykanów, i Rosjan, w tym też i Polaków. Aby przetrwać, system musi być zdrowy i trwały. Rosjanie tymczasem nie stworzyli podstaw gospodarczych. Stworzyli system militarno-polityczny, czyli ropa i gaz stały się główną siłą napędową budżetu państwa i budżetu wojskowego.

Gdzie leżą przyczyny tego, że Europa Zachodnia nie chce stawać w obronie państw bałtyckich? Czy chodzi tu o względy polityczne?
- Jeśli chodzi o sondaże, to ja jestem bardzo ostrożny. O ile w przypadku Gruzji i Ukrainy te kwestie są znacznie uproszczone, to fakt członkowstwa w NATO zobowiązuje. Sam fakt, że państwa bałtyckie są w NATO, już stawia je w innym świetle. Rosja wobec Litwy, Łotwy i Estonii musi prowadzić bardzo wyważoną politykę. Dlatego w tym przypadku nie przywiązywałbym tak dużej wagi do tych sondaży. Nie zawsze większość ma rację. A tym się różni podejmowanie decyzji przez polityków, że mądrzy politycy podejmują bardzo często takie decyzje, które nie zawsze muszą być przychylne w notowaniach, ale które mają być skuteczne w działaniach długofalowych.

Z czego więc wynika takie nastawienie państw zachodnich?
- Przede wszystkim z niskiego poziomu świadomości. Zachód i państwa unijne bardzo mało wiedzą o Wschodzie. Na dobrą sprawę Gruzja zaistniała dopiero w czasie konfliktu. Teren basenu Morza Kaspijskiego dla przeciętnego Europejczyka to jest Azja i "dziki Wschód", gdzie nie ma żadnej cywilizacji. Mówiąc inaczej, wychodzi tutaj wielka ułomność wiedzy zarówno historycznej, jaki i politycznej. Chodzi tu już o poziom szkół średnich. Dlatego trudno oczekiwać, aby przeciętny obywatel wiedział więcej na ten temat. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby nie wiedzieli nawet, gdzie leżą państwa bałtyckie. Z pewnością także różnice między Litwą, Łotwą i Estonią są dla nich wielkim problemem.

Dziękuję za rozmowę.
"Nasz Dziennik" 2008-09-24

Autor: wa