Zabrakło jednego - goli
Treść
Interesująco zapowiadający się pojedynek grupy C między Włochami a Duńczykami nie przyniósł bramek. Mimo to kibice nie mogli narzekać, bo obejrzeli interesujące widowisko z dużą ilością strzeleckich sytuacji. Wczorajsze wydarzenia na Euro 2004 znalazły się jednak w cieniu tego, co działo się w niedzielę wieczorem - nieprawdopodobnego pojedynku Francji z Anglią.
Najpierw o wczorajszych wydarzeniach: po meczu Włoch z Danią spodziewano się wiele i piłkarze raczej nie zawiedli. Dotyczy to przede wszystkim podopiecznych trenera Mortena Olsena, którzy rozegrali bardzo dobre spotkanie. Stworzyli sporo sytuacji strzeleckich, ale zawsze na przeszkodzie stawał znakomicie broniący Buffon. Tak było w 45. min, gdy włoski bramkarz obronił uderzenie Joergensena, podobnie w 75. min, gdy w odstępie kilku sekund bronił strzały Tomassona i Rommedahla. Przyznać sprawiedliwie trzeba, że i Soerensen w duńskiej bramce miał dużo pracy i kilka razy zachował się kapitalnie. Nękali go i Totti (świetny rzut wolny z
25 m), i - w ostatnich sekundach pierwszej części - ponownie Totti oraz Vieri. Bramkarze spisywali się jednak bezbłędnie, gole nie padły.
Ogólnie lepsze wrażenie zostawili Duńczycy - świetnie zorganizowani, grający pomysłowo, szybko, przede wszystkim w drugiej linii.
Wczorajsze mecze pozostawały jednak w cieniu niedzielnego pojedynku Anglii z Francją. Nie bez powodu. Bo na takie mecze czeka się latami, potem latami się je wspomina. One rodzą bohaterów, idoli, przyciągają nowe rzesze kibiców, odkrywają na nowo sens sportowej rywalizacji. Obie reprezentacje stworzyły spektakl, który przeszedł do historii. Zdecydowało o tym kilka chwil, kilkadziesiąt sekund.
I to jest paradoks. Przez 90 minut nic nie zapowiadało ekscytującego, niezwykłego, wspaniałego rozstrzygnięcia. Prowadzili Anglicy, kontrolowali przebieg wydarzeń na boisku, mieli kolejne szanse. Najlepszą zmarnował David Beckham, który na kwadrans przed końcem nie wykorzystał rzutu karnego. Próbę nerwów wygrał Fabien Barthez. - Przy karnym bramkarz ma tylko 10 procent szans na obronę - przyznał później Francuz. Pierwszy z bohaterów "trójkolorowej" reprezentacji.
Drugim (który to już raz?) był Zinedine Zidane. Przez półtorej godziny grał nijako, przeciętnie. Ale w chwili decydującej, gdy zegar przekroczył już 90. minutę, pokazał, dlaczego uznawany jest za najlepszego piłkarza globu. Najpierw perfekcyjnie, genialnie wykonał rzut wolny. Wyrównał. Załamał rywali. A kilkadziesiąt sekund później po mistrzowsku wykorzystał "jedenastkę" podyktowaną za faul na Thierrym Henrym, dobijając i druzgocąc rywali.
Pisk
Nasz Dziennik 15-06-2004
Autor: DW