Za cztery lata pomyślę o medalu
Treść
Rozmowa z Konradem Niedźwiedzkim, panczenistą AZS Zakopane
Do rozpoczęcia igrzysk olimpijskich w Turynie pozostał już tylko miesiąc - musi Pan odczuwać dreszcz emocji?
- Wiem, że igrzyska się zbliżają, że niektórzy już odliczają dni, ale ja na razie staram się zachować spokój. Przede mną jeszcze kilka startów, w tym mistrzostwa Europy w norweskim Hamar. Na nich chcę się skupić, rozmyślania o olimpiadzie zacznę później. Pewnie wtedy - nie ma co ukrywać - emocje z każdym dniem będą się nasilały.
Z jakimi nadziejami pojedzie Pan do Turynu?
- Chciałbym wypaść jak najlepiej, to oczywiste. Mam jednak świadomość, że jestem jeszcze zawodnikiem mało doświadczonym, że zadebiutuję na tak poważnej i wspaniałej imprezie. Nie stawiam przed sobą żadnych wygórowanych celów, jeśli zmieszczę się w czołowej dwudziestce, będę zadowolony. Przyznam szczerze, że odpowiada mi lód, jaki będzie na olimpijskim torze: nieco wolniejszy, lecz zarazem bardziej wymagający niż najszybsze obiekty świata, m.in. w Calgary i Salt Lake City. Z jednej strony nie ma się raczej co spodziewać rewelacyjnych wyników, rekordy świata chyba nie będą poprawiane, ale z drugiej strony walka zapowiada się znakomicie. Jak zawsze faworytami będą zawodnicy świetnie wyszkoleni technicznie, ale i bardzo silni, potrafiący rywalizować na torze, na którym nie ślizga się tak swobodnie i szybko.
Często Pan przyznaje, że wspólnie z trenerem - którym jest Pański tata - zaplanował dokładnie i szczegółowo przebieg kariery. Co to oznacza w praktyce?
- Przed każdym sezonem długo rozmawiamy, zakładamy sobie jakiś cel do zdobycia, w miarę możliwości oczywiście, i staramy się go realizować. Nie chodzi nawet o konkretne wyniki i miejsca, ale systematyczny i nieustanny postęp. Mój tata doskonale mnie zna, wie, co mogę w danym okresie osiągnąć, co poprawić, co zmienić, dodać, udoskonalić w treningu, przygotowaniach. I jak na razie wszystko wygląda bardzo dobrze.
Czyli - mówiąc krótko - nie oczekujecie Panowie natychmiastowego wyniku, sukcesów za wszelką cenę od zaraz. Istotny jest powolny, ale odczuwalny postęp.
- Tak. Chcemy, by moja kariera rozwijała się mądrze, z głową. Pewnie, zdarzają się słabsze występy, których zresztą w trakcie długiego i trudnego sezonu nie sposób uniknąć, ale wydaje mi się, że postęp jest widoczny. Moje wyniki stopniowo się poprawiają, co jest ważne, bo światowa czołówka też nie próżnuje i idzie do przodu. Udało mi się dostać do elity i teraz robię wszystko, by z niej nie wypaść, a wręcz zbliżyć się do najlepszych.
Wszystko to daje mi dodatkowy bodziec do pracy, utwierdza w przekonaniu, że nasz sposób na sukces jest słuszny. Po każdym sezonie możemy świętować zdobycie czegoś nowego, pokonanie kolejnej bariery i przeszkody.
Co dziś uważa Pan za swą najmocniejszą stronę, a nad czym musi jeszcze solidnie popracować, aby wszystkie cele udało się zrealizować?
- Moją silną stroną jest charakter. Jestem bardzo ambitnym człowiekiem, zawsze walczę do końca, nie odpuszczam. Gdy coś zacznę, staram się rzecz skończyć mimo pojawiających się trudności. A poprawić muszę wszystko, bo przecież kariera sportowca jest nieustannym doskonaleniem samego siebie. Wierzę, że jeśli tylko pozwoli mi zdrowie, będzie dobrze, a praca, jaką włożyłem, przyniesie wyczekiwane efekty.
Łyżwiarstwo szybkie to Pana pasja?
- Zdecydowanie tak. Bardzo lubię ten sport, mimo tego, że jest bardzo ciężki, wymagający i niestety w Polsce niezbyt popularny i mało medialny.
Co Pana w nim urzeka?
- Zawsze lubiłem się porównywać, sprawdzać na tle kolegów. Łyżwiarstwo jest ku temu świetną okazją. A odpowiadając na pytanie, dlaczego wybrałem właśnie ten sport, powiem, że chyba nie mogło być inaczej. Moi rodzice byli łyżwiarzami...
To trudna i wymagająca dyscyplina, to prawda. Wymaga wielu wyrzeczeń, większość czasu spędzamy na zgrupowaniach daleko od domu, przyjaciół, znajomych. To duża cena. Nie ma w niej takich profitów, jak w piłce nożnej, lekkiej atletyce czy skokach narciarskich, ale nie można dramatyzować - da się z niej wyżyć. Oczywiście, nie pieniądze mnie do niej przyciągają, ale jej piękno. A gdy zacząłem osiągać pierwsze sukcesy, zyskałem dodatkową chęć do pracy, przekonałem się, że jestem w stanie powalczyć o coś więcej. Chciałbym bardzo, by w Warszawie szybko powstała hala, w Zakopanem sztuczny tor, na których moglibyśmy trenować i przygotowywać się do sezonu. To znacznie ułatwiłoby nam pracę.
A przy okazji byłoby wspaniale, gdyby o naszej dyscyplinie mówiło się i pisało więcej. My naprawdę możemy pochwalić się sukcesami, wypadamy dobrze na poważnych zawodach, mistrzostwach czy pucharach świata.
Co uważa Pan za swój największy dotychczasowy sukces?
- Srebrny medal na mistrzostwach świata juniorów. Ten okres w karierze łyżwiarza trwa cztery lata. Razem z tatą założyliśmy, że jego ukoronowaniem powinien być medal mistrzostw na moim ulubionym dystansie 1500 m. Miał to być wstęp do poważnej kariery. Cel udało się zrealizować, co wówczas dało nam potwierdzenie słuszności drogi, jaką wybraliśmy.
W łyżwiarstwie szybkim juniorskie sukcesy zwykle znajdują później przełożenie na dobre wyniki w seniorach. Postaram się zrobić wszystko, by i w moim przypadku było podobnie. Mam dopiero 20 lat, myślę, że optimum formy powinienem osiągnąć w wieku 24-26 lat.
Czyli na kolejne zimowe igrzyska olimpijskie?
- Wydaje mi się, że wówczas mój organizm będzie najlepiej przygotowany do wszelkich obciążeń, wymagań, a ja wystarczająco dojrzały, żeby realizować bez stresu i w spokoju zamierzone cele. Wiem, że w łyżwiarstwie doświadczenie odgrywa ogromną rolę, a do sukcesów dochodzi się latami ciężkiej pracy. Mam nadzieję, że za cztery lata będę już w stanie walczyć o konkretne miejsca, nie wyłączając nawet olimpijskiego medalu. To moje marzenie i cel numer jeden.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
"Nasz Dziennik" 2005-01-11
Autor: ab