Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Wypadek polskiego autokaru w Serbii

Treść

Autokar wiozący polskich turystów, wracających z wakacji w Bułgarii, rozbił się wczoraj w serbskiej miejscowości Indija niedaleko Belgradu. W wypadku zginęło co najmniej sześć osób, w tym dwoje dzieci, 60 zaś odniosło obrażenia. Spośród 70 pasażerów blisko połowę stanowiły dzieci. Do katastrofy doszło ok. godz. 6.30, kiedy to z niewyjaśnionych przyczyn autokar zjechał z jezdni i wpadł do rowu. Wszyscy poszkodowani trafili już do szpitali w Suboticy i Nowym Sadzie. Ofiary śmiertelne to trzech mężczyzn, jedna kobieta oraz dwoje dzieci. Stan 12 spośród rannych służby medyczne określiły jako ciężki. Wycieczkę do Bułgarii dla pracowników kopalni "Ziemowit" i ich rodzin obsługiwało bielskie biuro podróży In Tour Beskidy.



Serbskie służby medyczne poinformowały, że pięć osób zginęło na miejscu, a jedna zmarła w szpitalu w wyniku wypadku, do jakiego doszło wczoraj w serbskiej miejscowości Indija niedaleko Belgradu. Wśród ofiar jest dwoje dzieci. Autokar wiozący polskich turystów, wracających z wakacji w Bułgarii, o godz. 6.30 z niewyjaśnionych przyczyn zjechał z drogi i wywrócił się do rowu. Wszyscy poszkodowani trafili już do szpitali w Suboticy i Nowym Sadzie. Ofiary śmiertelne to trzech mężczyzn, jedna kobieta oraz dwoje dzieci. Stan dwunastu spośród rannych służby medyczne określiły jako ciężki. Wycieczkę do Bułgarii dla pracowników kopalni "Ziemowit" i ich rodzin obsługiwało bielskie biuro podróży In Tour Beskidy.
Polakom udzielono na miejscu natychmiastowej pomocy. Stan dwunastu poszkodowanych oceniono jako ciężki. Pozostałe osoby odniosły jedynie niewielkie obrażenia. - Wszystkie osoby poszkodowane znajdują się obecnie w dwóch szpitalach Nowego Sadu, dziecięcym i ogólnym - powiedział ambasador RP w Serbii Maciej Szymański.
Najprawdopodobniej przyczyną wypadku był błąd jednego z kierowców. Miało do niego dojść w chwili, kiedy drugi kierowca, który nie prowadził, poprosił prowadzącego pojazd kolegę o wyłączenie oświetlenia wewnętrznego. Policja przypuszcza, że mógł on wówczas stracić panowanie nad kierownicą i wypaść z drogi. Kierowcy, którzy zostali jedynie lekko ranni, zaprzeczają tej wersji wydarzeń. W sprawie ustalenia przyczyn policja wszczęła już śledztwo. Kierowcom zostały odebrane paszporty. Zostaną oni przesłuchani przez sędziego śledczego.
Pojazd był obsługiwany, co jest wymogiem przy takich wyjazdach, przez dwóch zmieniających się kierowców. Zmiana nastąpiła o godzinie 5.00, teoretycznie zatem prowadzący powinien być wypoczęty.
Przedstawicielka organizatora wyjazdu biura In Tour Beskidy Teresa Ścibisz, opierając się na informacjach, jakie przekazał jej pilot, również stwierdziła, że do katastrofy doszło z winy człowieka. Organizator wyklucza, by przyczyną wypadku mogły być usterki techniczne pojazdu. Ponadto właściciel firmy przewozowej Moana twierdzi, że autokar, dwuletni neoplan, przeszedł wszelkie badania techniczne i był całkowicie sprawny. Dane te zdementowały jednak zarówno policja, jak i Główny Inspektorat Transportu Drogowego. - Jest to neoplan z 1993 roku, a więc auto piętnastoletnie - poinformował dyrektor Biura Ruchu Drogowego Komendy Policji mł. insp. Jacek Zalewski. Ponadto - jak dodał główny inspektor transportu drogowego Tomasz Połeć - autokar, który uczestniczył we wczorajszych zdarzeniach, nie znajdował się w bazie danych Biura Obsługi Transportu Międzynarodowego, jako używany przez tę firmę do przewozów międzynarodowych. - Został zgłoszony do tego biura wczoraj między godziną 9.00 a 9.30, czyli już po wypadku - stwierdził Połeć.
Zainteresowanie inspektoratu budzi fakt, że według dostarczonych kserokopii dokumentów autokar ten miał badania techniczne ważne jedynie do 9 lipca. Tomasz Połeć dodał jednak, że dziewięć kontroli, jakie inspektorat przeprowadził w ostatnim czasie w firmie Moana, nie wykazało u przewoźnika jakichkolwiek nieprawidłowości, a autokar był także kontrolowany tuż przed samym wyjazdem. - W tym momencie jednak ferowanie jakichkolwiek wyroków jest przedwczesne. Stan techniczny autokaru nie powinien mieć nic wspólnego z jego wiekiem. W przyczynach większości zdarzeń drogowych leży zazwyczaj błąd człowieka. Toteż stawianie znaku równości między rokiem produkcji pojazdu i zdarzeniem jest błędne. Te wnioski są przedwczesne - tłumaczył Połeć.
Zupełnie inny pogląd mają jednak rodziny ofiar. Rozgoryczony ojciec jednej z uczestniczek stwierdził nawet, że stan pojazdu był tragiczny. Na miejsce wypadku został już wysłany zastępczy autokar. Także premier Donald Tusk zadecydował o wysłaniu samolotu specjalnego Tu-154M, który zabierze na miejsce zdarzenia rodziny oraz najbliższych osób poszkodowanych.
Łukasz Sianożęcki
"Nasz Dziennik" 2008-07-12

Autor: wa