Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Wyjście awaryjne

Treść

W mijającym tygodniu koalicja rządowa po 537 dniach pełnego wzlotów i upadków funkcjonowania została widowiskowo rozwiązana. Ministrowie z Samoobrony i LPR zostali odwołani. Nastąpiło zbliżenie stanowisk w sprawie przedterminowych wyborów między prezydentem a Platformą Obywatelską. Na początku września ma być głosowany deklaracyjnie popierany przez PiS i PO wniosek o skrócenie kadencji parlamentu. Jarosław Kaczyński pokazał, że nie żartuje i tym razem może nie być "jak zawsze", czyli ostre konflikty i napięcie sięgające zenitu, a następnie udawanie, że nic się nie stało. Tyle że taki scenariusz wydarzeń wcale nie musi zostać zrealizowany.

W środowiskach konserwatywnych, narodowych, patriotycznych, solidarnościowych, niepodległościowych zaczęła się już ożywiona debata polityczna. Ponieważ sytuacja jest niejasna i niejednoznaczna, padają pytania: Dlaczego w ogóle są potrzebne przedterminowe wybory? Czy nieprawidłowości w rozliczeniu finansów partii rządzącej i groźba utraty kilkudziesięciu milionów z budżetu państwa skłania PiS do rozwiązania parlamentu? Czy szukano jedynie pretekstu? Bo co takiego się stało, że Samoobrona i LPR przez prawie 20 miesięcy mimo różnych afer mogły być koalicjantami, a teraz już nie, szczególnie że akcja CBA w ministerstwie rolnictwa zakończyła się fiaskiem? Czemu PiS się dogaduje z PO, którą do tej pory oskarżało o wszelkie patologie związane z III RP? Czyżby retoryka odwołująca się do cenionych w Polsce wartości była jedynie zasłoną dymną mającą zneutralizować środowiska katolickie, a gdy to się prawie udało, zostały obnażone prawdziwe intencje? Czy nastąpiła zdrada ideałów, a hasła o budowie IV RP były jedynie chwytem marketingowym służącym do instrumentalnego traktowania elektoratu prawicowego? Trwa dyskusja o taktyce i o stosunku do PiS. Wątpliwości rodzi się bardzo wiele. Nie dziwi zatem, że pojawiają się nowe koncepcje polityczne, w tym idea budowy listy wyborczej składającej się z ludzi dających od lat świadectwo wierności głoszonym wartościom.
Warto poza tym zwrócić uwagę, że w PO i LiD zdania są podzielone. Jedni uważają, że trzeba braciom Kaczyńskim dać porządzić "do końca", do katastrofy, bo inaczej będą się przedstawiać jako "ofiary układu" i szybko się odbudują. Jeszcze inni uważają, że owszem, wybory przedterminowe, ale w przyszłym roku, a przed nimi trzeba powołać komisję śledczą w sprawie akcji CBA i "rząd techniczny", który będzie pilnować, aby w kampanii nie stosowano "polityki haków". I nawet jeśli liderzy się umówią, że chcą skrócenia kadencji, to wynik głosowania będzie niepewny, bo część posłów może po prostu nie przyjść na głosowanie lub wstrzymać się od głosu. Ponieważ do podjęcia uchwały o samorozwiązaniu się Sejmu na sztywno potrzebne jest dwie trzecie ustawowego składu izby (czyli 307 głosów "za"), więc absencja i głosy wstrzymujące są w gruncie rzeczy przeciwko wnioskowi o przedterminowe wybory. Z kolei zapowiadana przez premiera Kaczyńskiego dymisja rządu i żmudna konstytucyjna droga trzech nieudanych prób powołania nowego rządu (co dopiero daje prezydentowi podstawę do rozwiązania parlamentu) jest pełna proceduralnych pułapek, które mogą spowodować wymknięcie się sytuacji spod kontroli.
Premier na dłuższą metę nie może sobie pozwolić na funkcjonowanie rządu mniejszościowego, bo to oznaczałoby marginalizację PiS w przyszłym parlamencie i nikłe szanse na reelekcję Lecha Kaczyńskiego w 2010 roku. Jarosław Kaczyński ma jednak jeszcze wyjście awaryjne. Politycy mają niekiedy skłonność, by co innego myśleć, co innego mówić, a jeszcze co innego robić. Mimo haseł o przedterminowych wyborach nadal nie można zatem wykluczyć próby zapewnienia obecnemu rządowi zaplecza politycznego z posłów Samoobrony i LPR. W świetle tej koncepcji przestraszeni pespektywą wcześniejszych wyborów i utratą wpływów skruszeją i uznają, że wspólnie można jeszcze wiele zrobić i należy puścić w niepamięć wszelkie niesnaski. Kto zatem wie, czy obecna "wojna na górze" nie skończy się na zasadzie "chcieliśmy dobrze, wyszło jak zwykle".
Jan Maria Jackowski
"Nasz Dziennik" 2007-08-18

Autor: wa