Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Wspomnienia tamtych dni

Treść

Powstanie Warszawskie przeżyłam na Żoliborzu, w piwnicy przy alei Sportowej 30, przed wojną była to aleja Wojska Polskiego. Na rozkaz Niemców nazwa ulicy została zmieniona. Miałam wówczas osiem lat, ale wydarzenia tamtych dni wryły się w moją pamięć bardziej niż późniejsze przeżycia.

Sytuacja na froncie i to, co się działo w Warszawie, przygotowywały grunt do zbrojnego zrywu, do powstania. Z jednej strony, nieludzki terror wprowadzony przez niemieckiego okupanta, z drugiej - strach przed komunizmem, który zostanie nam narzucony po wejściu wojsk sowieckich do Warszawy i na polskie ziemie.
Niemiecka przemoc mobilizowała ludzi, zwłaszcza młodych, do oporu, do walki, co było przez okupanta z całą bezwzględnością tłumione. Próbą zastraszania były łapanki i pokazowe egzekucje w centrum miasta. Pamiętam, jednego dnia w styczniu 1943 roku ojciec mój wrócił z pracy wstrząśnięty i zgnębiony, powiedział: "Tego, co widziałem, nie zapomnę do końca życia". Niemcy prowadzili na rozstrzelanie grupę kilkudziesięciu ludzi, bosych, okrytych łachmanami, mróz dochodził wówczas do - 30 st. C. Miejscem stracenia był plac, gdzie obecnie znajduje się hotel Forum. W pobliżu wejścia do hotelu umieszczona jest mała, niepozorna tablica informująca, że w tym miejscu podczas okupacji ginęli Polacy.
Okupanci stosowali zasadę, że za każdego niemieckiego żołnierza, który zginął z wyroku walczącego podziemia lub w walce z AK, musi być rozstrzelanych kilkudziesięciu Polaków.
Kiedyś pojechałam z mamą do Śródmieścia. Nagle ulica, którą szłyśmy, została z obu stron zamknięta przez opancerzone samochody, z których błyskawicznie wysypali się uzbrojeni żołnierze. Mama chwyciła mnie za rękę, wskoczyłyśmy do najbliższej bramy i pobiegłyśmy na trzecie piętro. Nieznajomi ludzie bardzo życzliwie udzielili nam w swoim mieszkaniu schronienia. Takie łapanki często zdarzały się w różnych miejscach Warszawy.
Sytuacja dojrzewała, by przeciwstawić się okupantowi, powstanie było nieuniknione. Ludzie w miarę możliwości robili zapasy: suszyli kawałki chleba, przygotowywali dżemy, słoiki ze smalcem, a także jarzyny i kaszę.

Radość i entuzjazm
Nastał 1 sierpnia 1944 roku, na Żoliborzu przed godziną 17.00 słychać było strzelaninę. Na niektórych budynkach pojawiły się biało-czerwone flagi, na ulicach i w okopach widać było żołnierzy AK z biało-czerwonymi opaskami. Mimo wielkiego zagrożenia ze strony uzbrojonych po zęby Niemców ludzi ogarnęła radość i entuzjazm, wola walki o wolną Polskę. Nastrój ten oddają słowa powstańczej piosenki:

W bój przeciwko nam rzucili tysiąc sztukasów,
Lotniczych asów, sto tygrysów, sto tygrysów,
Mówią, że myśmy dzicy bandyci z lasu
Nie wiedzą szkopy, jaką mamy broń.
Ref. Bo nasz obronny wał mocniejszy jest od skał
A nasze serca twardsze są od stali
ich najcięższych dział
Bez hełmów nasza skroń,
lecz pęknie pocisk oń
Bo nasza wola to jest najwspanialsza
polska broń.

Cóż stąd, że w naszym AK brak CKM-ów,
no i PM-ów,
karabinów, karabinów,
Cóż stąd, że chleb nasz suchy jemy bez dżemów,
Cóż stąd, że w naszych butach pełno dziur.

Ref. Bo nasz obronny wał mocniejszy jest
od skał itd.

A gdy pobudka zagra o bladym świcie
Na śmierć i życie w bój pójdziemy,
w bój pójdziemy
Ogłosić Bogu przez dzwonów bicie,
że dziś zwyciężym my.

Ref. Bo nasz obronny wał mocniejszy jest
od skał itd.

W pierwszych dniach powstania przyszli do naszego domu, do piwnicy, żołnierze AK i polecili, by zabarykadować okna od strony ulicy. Miał tamtędy przejeżdżać do Instytutu Chemicznego samochód z niemieckimi oficerami, planowano ostrzelanie ich z naszego budynku. Lokatorzy ochoczo poustawiali w oknach ciężkie przedmioty, meble, a przy ścianach ułożyli granaty i amunicję, którą przynieśli akowcy. Z jakiegoś powodu akcję odwołano. Być może dostrzeżono barykady i trasa przejazdu została zmieniona. Pozostawioną u nas broń przekazano innej grupie żołnierzy.
Po jakimś czasie Niemcy z Dworca Gdańskiego ostrzelali nasz budynek, trafiając armatnimi pociskami w okna, w których były barykady.

Talerz zupy dla każdego
Ojciec mój, Ignacy Dobierzewski, był komendantem naszego osiedla, koordynował działania ludności cywilnej z akcją żołnierzy AK, pomagał przy organizowaniu tymczasowych szpitali i ich ewakuacji, wykonywał doraźne polecenia.
Ze względu na brak wody posiłki, przeważnie zupy, gotowane były wspólnie dla wszystkich mieszkańców domu. Codziennie wyznaczano osoby pełniące dyżur w kuchni. Do naszego schronu przychodzili żołnierze AK. Z piwnicznej gościny korzystali również cywile, którzy usiłowali przedostać się z jednej dzielnicy do drugiej. Było zwyczajem, że każdy, kto dłużej zatrzymał się u nas, dostawał talerz zupy i suchary z chleba. Bardzo przydawały się zapasy żywności gromadzone przed powstaniem.
Jednego wrześniowego popołudnia wywiązała się koło naszego domu strzelanina. Gdy nastała cisza i wyszliśmy ze schronu, okazało się, że zginął młody żołnierz AK, nazywał się Jerzy Rupniewicz. Został tymczasowo pochowany w ogrodzie koło naszego domu. Zerwałam najpiękniejsze kwiaty i udekorowałam jego mogiłę. Po wojnie przeniesiono go na cmentarz Wojskowy na Powązkach.

Dwa miesiące w piwnicy
Każdego wieczora w czasie powstania mieszkańcy naszego domu gromadzili się na wspólnej modlitwie. Odmawiane były również słowa Psalmu:

Kto się w opiekę poda Panu swemu
A całym sercem szczerze ufa Jemu,
Śmiele rzec może, mam obrońcę Boga,
Nie przyjdzie na mnie żadna straszna trwoga.
Ciebie On z łowczych obieży wyzuje
I w zaraźliwym powietrzu ratuje.
W cieniu Jego skrzydeł zachowasz się wiecznie,
Pod Jego pióry uleżysz bezpiecznie.

Pan Bóg był nam obrońcą. Mimo licznych niebezpieczeństw wszyscy mieszkańcy naszego domu przeżyli powstanie, zostały nam darowane dalsze lata życia. Ponad dwa miesiące spędziliśmy w piwnicy, życie koncentrowało się na korytarzu, w piwnicznych pomieszczeniach obok węgla i żywności stały łóżka i prycze do spania. Pralnia służyła jako kuchnia i po części jako jadalnia. Brakowało wody, siedzieliśmy często przy świecach, warunki były niezwykle ciężkie. Przebywanie w mieszkaniach groziło niebezpieczeństwem ze względu na ostrzał ze strony Dworca Gdańskiego, który był w rękach Niemców. Podczas nalotów i walk, gdy strzelanina i detonacje pocisków były nie do zniesienia, siadałam w najciemniejszym kącie i marzyłam, by przenieść się na jakąś bezludną wyspę, gdzie będzie upragniony spokój. Po krótszym lub dłuższym czasie nastawała cisza, pozostawała jednak piwnica i niepewność, co przyniosą następne dni.
Ekstremalnie trudne warunki wyzwalają zwykle w ludziach rozdrażnienie, agresję, niechęć do innych. Te dwa miesiące wspólnie przeżywanej niedoli zbratało mieszkańców naszego domu, staliśmy się wielką rodziną. Spotkania po wojnie były wzruszającym przeżyciem, przez lata utrzymywano kontakty towarzyskie.

Łuna nad miastem
Pod koniec września, wczesnym rankiem, Niemcy rozpoczęli szturm na Żoliborz. W naszym domu była pozycja AK. Mieszkańcy zajęli część piwnicy, do drugiej znoszono ciężko rannych żołnierzy. Walka trwała kilka godzin. Sąsiednie bloki były już zajęte przez Niemców, z okien naszego domu bronili się jeszcze powstańcy. Godziny ciężkiej walki, nieustająca strzelanina i wybuchy pocisków, jęki umierających.
Potem wszystko ucichło. Złowroga cisza zdawała się trwać nieskończenie długo. Wreszcie strzał w wejściowe drzwi i komenda: "Alles raus!". Ustalono, że pierwsza wyjdzie moja mama ze względu na dobrą znajomość języka niemieckiego. Mama pochodziła z Poznania, a tam w czasie zaboru językiem wykładowym był niemiecki. Pierwsze pytanie Niemca: "Gdzie są bandyci?". Po odpowiedzi mamy, że w piwnicy pozostały kobiety i dzieci, kazano nam przejść na dziedziniec miejskiego bloku po przeciwnej stronie ulicy. Byliśmy pewni, że zostaniemy rozstrzelani, nikt nie zabierał ze sobą nawet najniezbędniejszych rzeczy. Po wyjściu z piwnicy rozejrzałam się dokoła: nad miastem unosiła się łuna, wielu zabitych, zwęglone ludzkie ciała, zrujnowane domy. Warszawa konała.
Na dziedzińcu miejskiego bloku zgromadzono ludzi z okolicznych domów, czekaliśmy na egzekucję. Uwagę zwracał niemiecki oficer, który chodził po dziedzińcu, trzymając na rękach młodego pieska - owczarka. Po jakimś czasie zatrzymał się koło nas, przekazał pieska mojemu bratu i polecił opiekę nad nim. Wstąpiła w nas otucha i radość, widocznie nie byliśmy przeznaczeni do rozstrzelania, skoro powierzono naszej opiece psa. Rzeczywiście, pod wieczór przeprowadzono nas do kościoła na Woli, gdzie spędziliśmy noc. Następnego dnia zostaliśmy przewiezieni do obozu w Pruszkowie.
Po wojnie utrzymywaliśmy kontakt z naszą sąsiadką, p. Daligową, która zaraz po ustaniu działań wojennych wróciła do swojego mieszkania na Żoliborzu. Opowiadała nam, w jaki sposób Niemcy obeszli się z ciężko rannymi żołnierzami AK, którzy byli w piwnicy. Wywlekli ich za nogi i przed wejściowymi drzwiami dobili. Jeden z powstańców schował się i dzięki temu uszedł śmierci. Przetrwał w piwnicy do zakończenia wojny i jako naoczny świadek przekazał te fakty.
Ewa Dobierzewska-Mozrzymas
"Nasz Dziennik" 2007-08-01

Autor: wa