Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Wprowadzają kartę bocznymi drzwiami

Treść

W Sejmie doszło do sporu wokół uchwały w sprawie unijnego traktatu reformującego, podpisanego 13 grudnia w Lizbonie. Koalicja PO - PSL, wsparta przez LiD, przegłosowała uchwałę, która głosi, iż "Sejm wyraża nadzieję, że możliwe będzie odstąpienie przez Rzeczpospolitą Polską od protokołu brytyjskiego". PiS grozi, że może zmienić zdanie w sprawie głosowania nad ratyfikacją traktatu. I choć padały też pojedyncze głosy, aby przeprowadzić ogólnokrajowe referendum w tej spawie, to zdecydowana większość parlamentarzystów jest wciąż temu przeciwna. Może się to jednak zmienić.



Referendum popierają głównie ugrupowania konserwatywnej prawicy, ale tych akurat w parlamencie nie ma po ostatnich wyborach też lewica. Postkomuniści liczą przede wszystkim na to, że dzięki temu, iż integrację z Unią popiera zdecydowana większość mediów, to łatwo będzie przekonać Polaków do traktatu, jak również do przyjęcia bez zastrzeżeń Karty Praw Podstawowych. Argumenty prawicowych zwolenników referendum dotyczą sprawy fundamentalnej: traktat podpisany w Lizbonie przez przedstawicieli 27 państw nadaje Unii Europejskiej osobowość prawną. Będzie ona miała m.in. swojego prezydenta, ministra spraw zagranicznych. Wzrośnie rola Parlamentu Europejskiego, a kraje członkowskie będą musiały oddać Brukseli część swoich uprawnień. Dlatego rezygnacja państwa z pewnych atrybutów suwerenności powinna się odbyć wyłącznie za zgodą Narodu, tak jak to miało miejsce wtedy, gdy poszliśmy do urn podczas referendum akcesyjnego. Marek Jurek, lider Prawicy Rzeczypospolitej, uważa, że przede wszystkim nie powinniśmy się spieszyć z ratyfikacją. - Był czas na refleksję europejską nad traktatem, to powinien być teraz czas na refleksję w kraju - podkreśla Jurek.
- Parcie na ratyfikację w styczniu to taka unijna poprawność polityczna. W Europie będzie trwała debata nad traktatem, a my nie będziemy wtedy już w niej uczestniczyć - dodaje. Były marszałek Sejmu oczekuje przede wszystkim zdecydowanej postawy od PiS i prezydenta, którzy powinni opóźnić ratyfikację i dążyć do poważnej publicznej dyskusji nad traktatem oraz do referendum.
W obecnym parlamencie zwolennicy referendum są jednak bardzo nieliczni, większość posłów domaga się jak najszybszej ratyfikacji traktatu reformującego przez Sejm. Jarosław Gowin (PO) jest nawet zdania, że referendum to bardzo złe rozwiązanie, bo w Polsce się ono nie sprawdza, zawsze są kłopoty z zapewnieniem odpowiedniej frekwencji. Aby to głosowanie było ważne, do urn musiałaby się udać ponad połowa dorosłych Polaków, w co Gowin wątpi.
Także PiS w zdecydowanej większości opowiadało się dotąd za takim trybem akceptacji traktatu, choć nie brakuje tam polityków pozytywnie odnoszących się do idei referendum. - Nie czujemy jednak nacisku społecznego, aby takie referendum przeprowadzić - mówi poseł Krzysztof Jurgiel (PiS). - Gdyby ludzie zaczęli domagać się referendum, gdyby przysyłali pisma, protesty do posłów, to na pewno trzeba by taką ewentualność rozważyć - dodaje. Jego zdaniem, taki wniosek byłby na pewno poważnie dyskutowany w PiS.
Tymczasem nad debatą ratyfikacyjną zawisły nieoczekiwanie czarne chmury, co otwiera szanse przed referendum. PiS jest niezadowolone z tego, że większość posłów chciałaby także przyjęcia w przyszłości Karty Praw Podstawowych. O tym mówi wszak sejmowa uchwała, gdzie Sejm wyraża nadzieję, że w przyszłości będzie możliwe odstąpienie od protokołu brytyjskiego. Kartę popiera rządowa większość i LiD, ale Donald Tusk jeszcze w sejmowym exposé poparł polskie zastrzeżenia do Karty, aby skłonić PiS do poparcia traktatu w głosowaniu ratyfikacyjnym. PiS-owska opozycja straszy teraz, że po ostatniej uchwale Sejmu może zmienić zdanie w sprawie tego głosowania. Partia Jarosława Kaczyńskiego traktuje podpisanie protokołu brytyjskiego jako wielki sukces swojego rządu i obawia się, że uchwała spowoduje wprowadzenie Karty bocznymi drzwiami, co w przyszłości będzie grozić choćby tym, że UE zmusi nas do wprowadzenia "małżeństw homoseksualnych" czy też otworzy drogę do uznania niemieckich roszczeń majątkowych. Dlatego poseł Karol Karski pytał podczas debaty wicemarszałka Stefana Niesiołowskiego: "Czy przedstawiciel wnioskodawców zdaje sobie sprawę, że zrealizowanie postulatów wpisanych w uchwale może oznaczać, iż traktat może nie uzyskać akceptacji w tej izbie?". Niesiołowski, nie kryjąc zdenerwowania, przypomniał, że PiS obiecywało poparcie dla ratyfikacji traktatu i powinno tego przyrzeczenia dotrzymać. - Pacta sund servanda - mówił Niesiołowski.
Ale jak usłyszeliśmy od jednego z parlamentarzystów, niewykluczone jest, że z powodu czwartkowej wieczornej awantury w Sejmie proces ratyfikacji zostanie odłożony i jednak dojdzie do referendum. PiS może bowiem postawić różne żądania, grożąc głosowaniem przeciw traktatowi, a bez jego poparcia nie będzie większości 2/3 głosów potrzebnych do ratyfikacji. Uchwała Sejmu może być dla opozycji doskonałym pretekstem do odrzucenia traktatu. Żeby więc uniknąć porażki i kompromitacji na unijnych salonach, rząd Donalda Tuska przesunie głosowanie. Jeśli jednak upór PiS będzie trwał dłużej, może dojść do pata i takiej sytuacji, że wszystkim będzie zależało na referendum, bo tylko wtedy sprawę ratyfikacji uda się rozstrzygnąć do końca 2008 roku. - Ja będę namawiał swoich kolegów do zastosowania właśnie takiej strategii. Myślę, że Polacy i tak zagłosują za traktatem, ale wtedy w referendum będą też mogli zgłosić swój sprzeciw wobec Karty Praw Podstawowych i stanowisko Sejmu będzie wówczas bez znaczenia, czyli o wiele trudniej będzie w przyszłości wprowadzić Kartę w naszym kraju - powiedział nam jeden z posłów PiS, który prosił jednak o anonimowość, bo swojego stanowiska "nie konsultował jeszcze z władzami klubu".
Krzysztof Losz
"Nasz Dziennik" 2007-12-22

Autor: wa