Wójcicka nie zawiodła
Treść
Nie udało się trojgu polskim biegaczom narciarskim sprawić niespodzianki w olimpijskim sprincie. Tylko Janusz Krężelok zdołał przebrnąć eliminacje, ale przeszkodą nie do pokonania okazał się dla niego ćwierćfinał. Słabo spisała się Justyna Kowalczyk, która wbrew zapowiedziom nie potrafiła zapomnieć o dramatycznym biegu na 10 km klasykiem. Przeciętnie - Maciej Kreczmer. Zawiodła alpejka Katarzyna Karasińska. Na dobrym, jedenastym miejscu wyścig na 1500 m ukończyła za to panczenistka Katarzyna Wójcicka.
Postawa zakopianki w Turynie była miłym zaskoczeniem. Polka najpierw dobrze wypadła w biegach na 1000 i 3000 m, wczoraj tylko potwierdziła znakomite przygotowanie do zawodów. Na swym koronnym dystansie 1500 m zajęła jedenastą pozycję - naprawdę dobrą. Wyścig zakończył się podwójnym zwycięstwem reprezentantek Kanady - wygrała Cindy Klassen, która o blisko półtorej sekundy wyprzedziła Kristinę Groves. Brązowy medal zdobyła Holenderka Ireen Wust.
Justyna Kowalczyk (panie rywalizowały na 1,1 km) przed startem przyznawała, że jest w niezłej formie i na ile mogła, zapomniała o niepowodzeniu sprzed kilku dni - gdy na trasie swego koronnego dystansu zasłabła i straciła przytomność. Okazało się jednak, że dramatyczne przeżycia tak łatwo z głowy nie znikają. Nasza utalentowana zawodniczka od samego początku nie była sobą, biegła źle, bardzo ciężko. Jak sama powiedziała, wciąż jest przytłumiona i smutna, i nie była w stanie dać z siebie więcej. To musiało przełożyć się na wyniki. W stawce 66 zawodniczek Kowalczyk uzyskała dopiero 44. czas, a do ćwierćfinału kwalifikowało się 30 najlepszych. Niemka Stefanie Boehler, która zajęła ostatnią premiowaną awansem pozycję, dystans pokonała w 2.18,14 min, a Polka - 2.21,19. Najlepszy wynik uzyskała Kanadyjka Beckie Scott - 2.12,45. Była prawie dziewięć sekund szybsza od naszej reprezentantki, a w sprincie to gigantyczna różnica.
Zmagania kobiet zakończyły się niespodzianką. Triumfowała bowiem inna Kanadyjka - Chandra Crowford, która o 0,7 s wyprzedziła Niemkę Claudię Kuenzel, o 0,9 Alenę Sidko (Rosja) i o 2,4 Beckie Scott. Finisz był pasjonujący.
Najlepiej z trojga Polaków (panowie biegli na 1,3 km) spisał się wczoraj Janusz Krężelok. Nasz zawodnik uzyskał 23. czas eliminacji i awansował do ćwierćfinału. Na tym etapie jego przygoda z zawodami się jednak skończyła. Polak wystąpił w piątej serii i zajął w niej czwarte miejsce. Zwyciężył Norweg Johan Kjolstad, Krężelok (cały czas biegł z tyłu stawki, ani przez moment nie był w stanie włączyć się do walki o czołowe lokaty) stracił do niego 1,4 s. Tym samym nie udało mu się powtórzyć wyniku z Salt Lake City, gdzie walczył w półfinale.
Na eliminacjach zmagania sprinterów zakończył Maciej Kreczmer. Polak uzyskał 33. czas. Nasz reprezentant przez kilka dni walczył z ciężkim zatruciem pokarmowym, nie był zdolny przygotować się należycie do kolejnych startów, stąd wczorajszego wyniku w kategoriach zawodu nie można traktować. Sam zawodnik swój olimpijski debiut skomentował: "pół na pół". Dużo radości dało mu siódme miejsce w sprincie drużynowym (wraz z Krężelokiem), rozczarowało wycofanie z rywalizacji na 15 km stylem klasycznym. Na tym dystansie liczył na niezły wynik, niestety przegrał ze zdrowiem.
Złoty medal zdobył Szwed Bjoern Lind, srebrny Francuz Roddy Darragon (0,6 s straty), a brązowy Thobias Fredriksson (Szwecja - 1,3 s).
W piątek w biegu na 30 km stylem dowolnym wystartuje jeszcze Justyna Kowalczyk. Lokata w czołowej piętnastce będzie sukcesem. Polka i jej trener Aleksander Wierietielny wypowiadają się już bardzo ostrożnie na temat szans, tym bardziej że w obecnym sezonie nasza reprezentantka najdłużej biegła łyżwą 15 km w Pucharze Świata w Val di Fiemme. Teraz będzie miała do pokonania dystans dwa razy dłuższy.
Jak na razie (i tak pewnie pozostanie) największym sukcesem polskich biegaczy w 20. Zimowych Igrzyskach Olimpijskich jest siódme miejsce Kreczmera i Krężeloka w sprincie drużynowym i ósme Kowalczyk w biegu łączonym na 15 km.
Wczoraj debiut w turyńskiej imprezie zanotowała nasza alpejka Katarzyna Karasińska. Narciarka przyleciała do Włoch ledwie przed kilku dniami, niemal "z marszu" po występach w zawodach FIS i Pucharu Europy. To miał być jej sposób na sukces, czyli czołową piętnastkę. Mimo że zawodniczka w tym sezonie spisywała się poniżej oczekiwań, liczyła, że w Turynie może być dobrze, a na pewno lepiej niż w ostatnich tygodniach. Nie było. Środowy slalom w wykonaniu reprezentantki Polski był bowiem po prostu zły. Nie pomogło specjalne przygotowanie i psychiczne nastawienie. Już po pierwszym przejeździe Karasińska straciła szanse na dobre miejsce, uzyskując 33. czas. Po drugim leciutko się poprawiła, ale wystarczyło to tylko do 30. lokaty - dużo poniżej oczekiwań.
Mistrzynią olimpijską została Anja Paerson. 24-letnia Szwedka uzyskała łączny czas 1.29,04 min i wyprzedziła Austriaczki Nicole Hosp o 0,29 s oraz Marlies Schild o 0,75 s. Karasińska straciła do triumfatorki 5,26 s.
Dla Paerson wczorajsze złoto było pierwszym olimpijskim w karierze. Wcześniej mogła pochwalić się jednym srebrnym i trzema brązowymi krążkami (dwa z nich - w zjeździe i kombinacji alpejskiej, wywalczyła w Turynie). Teraz wreszcie zdobyła ten wymarzony, z najcenniejszego kruszcu. Dodajmy, że tuż za podium zmagania ukończyła faworytka, liderka Pucharu Świata, Chorwatka Janina Kostelic.
Piotr Skrobisz
"Nasz Dziennik" 2006-02-23
Autor: ab