Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Władze przyznają, że kłamały

Treść

Amerykańska gazeta "The Washington Post" napisała wczoraj, że przedstawiciel władz Rosji publicznie przyznał, że władze kłamały, przekazując informacje o liczbie zakładników w szkole w Biesłanie. To pewna nowość, bo jak dotychczas władze nie przyznawały się do przekazywania fałszywych danych. Zarzuty o rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji wobec władz formułują też rosyjskie media, nawet te prorządowe.
"The Washington Post" twierdzi, że w jednej z państwowych stacji doradca prezydenta Władimira Putina Gleb Pawłowski przyznał, że władze kłamały, że pogrążają się one w ten sposób oraz że jeszcze bardziej prowokuje to terrorystów.
Słowa te padły w kontekście kłamstwa w sprawie liczby zakładników. Władze mówiły początkowo o 300 osobach sterroryzowanych w szkole, choć wiedziały, że było ich ok. 1200, w większości dzieci. Media wskazują jednak i na inne kłamstwa, m.in. w sprawie żądań terrorystów. Władze pierwotnie nie chciały ich ujawnić i wyszły one na jaw dopiero tuż przed szturmem.
Z kolei rosyjska gazeta "Izwiestija" wskazała też na inne przypadki wprowadzania w błąd opinii publicznej. We wczorajszym wydaniu napisała, że na początku piątkowych wydarzeń w szkole w Biesłanie nie było żadnego wybuchu, zadając w ten sposób kłam oficjalnej wersji władz. "3 września o 13.10 korespondenci 'Izwiestii' znajdowali się stosunkowo blisko szkoły. Jeden z nas znalazł się około 200 metrów od sali gimnastycznej (...). Bardzo dobrze słyszeliśmy, jak to się zaczęło - na początku nie było żadnego wybuchu. Były coraz bardziej intensywne strzały z automatów. Dopiero po jakimś czasie, może po iluś sekundach, a może po minucie, nastąpiła eksplozja" - napisali dziennikarze "Izwiestii".
Oficjalna wersja władz, które na każdym kroku podkreślają, że nie chciały szturmować szkoły i ryzykować życie ponad tysiąca zakładników, mówi, że przyczyną chaosu był przypadkowy wybuch w sali gimnastycznej. Dojść miało po nim do paniki i ucieczki grupy dzieci, którym terroryści zaczęli strzelać w plecy. Przez przypadek - jak twierdzą Rosjanie - w budynku byli wówczas ratownicy Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, którzy wynosili ciała zabitych dwa dni wcześniej mężczyzn. Wersja o strzałach jest sprzeczna z twierdzeniami władz. Dopuszcza bowiem możliwość, że nastąpiła prowokacja ze strony rosyjskich służb. "Izwiestija", gazeta uważana za prorządową, zaprzeczają jednak tej wersji. "Ogień otworzyli raczej ludzie otaczający budynek, członkowie miejscowego pospolitego ruszenia" - pisze.
"Izwiestija" publikują też oficjalną wersję władz, po czym komentują: "Ta wersja zapewne się nie zmieni, ponieważ ten, który wystrzelił pierwszy, ponosi odpowiedzialność za setki zabitych dzieci". Znamienne jest również to, że kilka godzin po opublikowaniu tego artykułu redaktor naczelny "Izwiestii" Raf Szakirow podał się do dymisji. Nie chciał jednak komentować, z czym jest ona związana.
Mariusz Bober, PAP

"Nasz Dziennik" 07-09-2004

Autor: Ku8a