Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Wkrótce ugoda, sprawców brak

Treść

Policja chce zaproponować ugodę fotoreporterowi "Naszego Dziennika". Policyjni prawnicy analizują akta sprawy Roberta Sobkowicza, który podczas manifestacji 24 czerwca 1999 r., po wystrzale policjantów z broni gładkolufowej, stracił oko. Tymczasem umorzone przez prokuraturę dochodzenie nie ma szans na ponowne wznowienie. Nie ma bowiem, jak twierdzą śledczy, nowych okoliczności i nie można jednoznacznie ustalić sprawców postrzelenia. Nie można, choć wiadomo, że strzelało czterech policjantów.

- Trwają przygotowania stanowiska policji w tej sprawie - powiedział nam wczoraj dyrektor biura komunikacji społecznej Komendy Głównej Policji Paweł Biedziak. - Jeszcze nasi prawnicy analizują akta tej sprawy - dodał. Według niego, jest wola ugody. - Na warunkach akceptowanych przez obie strony - podkreślił Biedziak. Policja porównuje tę sytuację z podobnymi, w których zawiniła i gdzie wypłacano odszkodowanie. Robi to po to, by określić kwotę możliwą do zaproponowania. Jak już się z tym upora, skontaktuje się z pokrzywdzonym Robertem Sobkowiczem.
Z analizy akt umorzonej w czerwcu 2000 r. sprawy związanej z manifestacją pracowników radomskiego Łucznika 24 czerwca 1999 r. wynika, że prokuratura, która przez rok prowadziła postępowanie, stwierdziła, iż postrzelenie Roberta Sobkowicza przez policjantów to "niezawiniony przez innych nieszczęśliwy wypadek". W uzasadnieniu umorzenia prokurator Jolanta Kołakowska napisała, że "osoby postronne - z prasy i telewizji - obecne na miejscu zdarzeń nie podporządkowały się wydawanym poleceniom i nie opuściły miejsca zagrożenia". Ustalono, że strzelało czterech policjantów, którzy oddali 42 strzały gumowymi pociskami. Broń, z której strzelono, nie ma celownika. A promień rozrzutu pocisku wynosi od kilkunastu centymetrów do 20 metrów. Wewnętrzna kontrola policji wykazała, że użycie broni było uzasadnione. Prokuratura ustaliła jedynie, że Robert Sobkowicz doznał urazu najprawdopodobniej w wyniku postrzału z pocisku gumowego. Według prokuratury, w tej chwili nie ma przesłanek do wznowienia postępowania.
Obrażenia fotoreportera podane w orzeczeniu lekarskim to: "pęknięcie gałki ocznej prawej z całkowitym wypadnięciem tkanek oka, rany powieki górnej o długości ok. 4 cm, rana szarpana powieki dolnej - 9 cm ze złamaniem dolnej ściany oczodołu prawego. Obrażenia stanowią o ciężkim, trwałym kalectwie powodującym znaczną niezdolność do pracy w zawodzie".
Anna Skopinska



Mecenas Krystyna Kosińska, adwokat Roberta Sobkowicza:
W tej chwili jest najmniej podstaw do ponownego ruszenia tego postępowania. Gdyby pojawiły się nowe okoliczności czy nowe dowody, można by je wznowić. Jednak należałoby to postępowanie poddać ponownej analizie i sprawdzić, czy rzeczywiście nie można było ustalić sprawców. Co do ugody to jesteśmy skłonni do niej po to, by skrócić postępowanie. Jednak oczywiście na warunkach w miarę satysfakcjonujących poszkodowanego. To musi być rzeczywiste zadośćuczynienie za doznane cierpienia i krzywdy i w jakiś sposób wymierna renta. Mam nadzieję, że będzie to realna ugoda. My jesteśmy gotowi na rozmowy i podjęcie ugody.

Robert Sobkowicz, fotoreporter "Naszego Dziennika":
Działanie prokuratury było celowe, po to, by śledztwo umorzyć. Jak można ustalić sprawców, skoro przesłuchania policjantów odbywają się pół roku po wypadku? Sam byłem przesłuchany następnego dnia po manifestacji, fotoreporterzy innych gazet też, a policjanci, którzy strzelali, dopiero w grudniu.
Cieszę się, że ze strony policji jest wola ugody. To daje duże prawdopodobieństwo zamknięcia procesu, po siedmiu latach. Szkoda tylko, że nikt się wcześniej do mnie nie zgłosił z taką propozycją. Premier Buzek obiecał mi po wypadku, że otrzymam specjalną rentę. Do dzisiaj obietnice nie zostały zrealizowane. Tamtej renty nie zobaczyłem i nie zobaczę. Jeśli chodzi o moją pracę, to na pewno jestem mniej aktywny, nie mogę wszystkiego robić, a wydatków w związku z leczeniem i rehabilitacją mam więcej. Na każdy wyjazd na leczenie powinienem odłożyć odpowiednią kwotę. Nie jeżdżę jednak co roku, bo mnie na to nie stać. Ostatni raz wyjeżdżałem 3 lata temu. To są koszty, które będę ponosił do końca życia.
not. AS

"Nasz Dziennik" 2006-07-19

Autor: wa