Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Wędrująca plama

Treść

Podziemna plama ropy, znajdująca się pod lotniskiem w Białej Podlaskiej, przesuwa się w stronę osiedli miejskich i przepływającej przez miasto Krzny. Sytuacja stwarza niebezpieczeństwo dla życia ludzi.
W pobliżu Białej Podlaskiej podziemne wody gruntowe zanieczyszczone zostały naftą lotniczą, używaną do napędu samolotów odrzutowych, które kiedyś stacjonowały na bialskim lotnisku. Paliwo wyciekało do ziemi z nieszczelnych zbiorników oraz podczas przeładunku paliw. W czasach PRL-u, gdy obowiązywały wyśrubowane plany lotów, wylewano na ziemię paliwo, by wykazać jego zużycie podczas lotów, które się nie odbyły.
Skażenie stwierdzono w połowie lat 90. Sczerpywanie zanieczyszczeń rozpoczęto w 1997 r. Do maja 2004 r. kielecka firma "Hydrogeotechnika" zebrała ich 1,6 mln litrów. Sytuacja dramatycznie się pogorszyła w ubiegłym roku z powodu bankructwa dzierżawiącego wówczas lotnisko tureckiego inwestora Vahapa Toya. W maju odcięty został prąd, co spowodowało unieruchomienie pomp, z terenu lotniska musiała też zejść "Hydrogeotechnika". W związku z tym należało przeprowadzić przetarg na prowadzenie prac związanych ze sczerpywaniem zanieczyszczeń. Sytuację początkowo komplikowały nieporozumienia dotyczące tego, kto jest odpowiedzialny za usuwanie zagrożenia ekologicznego. Teren lotniska jest własnością Skarbu Państwa, zawiaduje nim Agencja Mienia Wojskowego, a obecnie dzierżawi go spółka Skarbu Państwa Port Lotniczy Biała Podlaska. Szefowie spółki oraz władze miasta wynegocjowali ponowne włączenie prądu, jednak nieczynnych przez kilka miesięcy pomp nie dało się uruchomić, a ich remont okazał się niezwykle kosztowny.
Od czerwca sczerpywanie skażeń odbywa się w zwolnionym tempie.
- Od początku zbieranie substancji ropopochodnych odbywało się w dwóch systemach. Jeden, tzw. depresyjny, jest bardzo efektywny, polega na odpompowaniu skażonej ropą wody, jej oczyszczeniu i odprowadzeniu z powrotem do ziemi. Drugi polega na wymuszeniu napływu produktu do wywierconych otworów. Od czerwca uruchomiony jest tylko ten drugi, niestety, mało skuteczny - mówi Edward Dec, dyrektor bialskiej delegatury Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. - Z tego powodu cały proces usuwania produktów naftowych ze zwierciadła wód gruntowych jest niekompletny i niewystarczający. W minionym roku wypompowano spod ziemi 71 tysięcy litrów substancji ropopochodnych. Z tego do końca kwietnia 60 tys. litrów, a przez pozostałe osiem miesięcy zaledwie 11 tys.
Tymczasem sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna. Inspektorzy ochrony środowiska stwierdzili przesuwanie się plamy ropy w kierunku osiedli Białej Podlaskiej położonych na północ od lotniska i przepływającej przez miasto Krzny. Skutki skażenia mogą być tragiczne. Plama produktu ropopochodnego jest groźna dla środowiska rzecznego. Zagraża również ujęciom wody w prywatnych gospodarstwach.
Skażona woda pojawiła się w odwiertach obserwacyjnych, ostatnich od strony północnej, na wysokości poboru wody do studni, a więc około 7 metrów pod poziomem terenu. Być może skażone wody gruntowe znajdują się kilkanaście metrów od pierwszych ujęć w prywatnych gospodarstwach. Badania wody wykazały, że skażenie jeszcze tam nie dotarło, ale użytkownicy studni położonej najbliżej lotniska twierdzą, że w studniach czuć już zapach ropy.
Obecnie nie wiadomo dokładnie, jaki obszar obejmuje jezioro skażonej wody, choć ocenia się, że grubość warstwy zanieczyszczeń zmniejszyła się z 1,5 metra do 50-70 cm. Jednak skażone jezioro wód gruntowych może się powiększać z tego powodu, że wody deszczowe wypłukują zanieczyszczenia naftowe z 30-hektarowego terenu lotniska i przemieszczają w kierunku podziemnego lustra wody. - Konieczne jest obserwowanie migracji substancji ropopochodnych, do czego potrzebne jest wykonywanie dodatkowych otworów w ziemi. Powinien też powstać system sczerpywania tych związków poza lotniskiem - sądzi Edward Dec, który dodaje, że całkowita likwidacja zagrożenia może potrwać wiele lat.
Wojewoda lubelski nakazał Agencji Mienia Wojskowego w Krakowie wykonanie do 31 grudnia 2004 r. nowych badań w celu zainstalowania automatycznej likwidacji skażenia. Termin ten nie został dotrzymany, głównie z powodu kłopotów z przeprowadzeniem przetargu na wykonanie prac. W związku z tym wyznaczono kolejny termin - do końca czerwca. - Jeśli Agencja go dotrzyma, jest nadzieja, że system stanie się na tyle wydajny, by zatrzymać migrację skażenia - ocenia Edward Dec.
Czy jednak termin wyznaczony przez wojewodę lubelskiego jest realny? Nie jest to pewne. Jak wyjaśnia Władysław Dal, rzecznik prasowy Agencji Mienia Wojskowego, uzależnione jest to od powodzenia kolejnego przetargu na wykonanie prac. - Ustawa o zamówieniach publicznych jest tak skonstruowana, że każdy z uczestników przetargu może zaskarżyć jego rozstrzygnięcie. Dotychczas Agencja przeprowadziła dwa przetargi publiczne i obydwa zakończyły się niepowodzeniem, ponieważ zostały zaskarżone, a komisja arbitrażowa unieważniła je ze względów proceduralnych.
Teraz przetarg trzeba powtórzyć. - Potrwa to przynajmniej dwa miesiące, a nie ma pewności, czy odrzuceni uczestnicy przetargu nie zechcą go ponownie zaskarżyć. W tej sytuacji mamy związane ręce i terminy wyznaczane nam przez wojewodę ponownie mogą okazać się nieskuteczne - wyjaśnia Władysław Dal.
Anna Wasak

"Nasz Dziennik" 2005-03-17

Autor: ab