Warunki podyktują koncerny
Treść
Ustawa Prawo farmaceutyczne w obecnym kształcie szeroko otwiera furtkę do monopolizacji rynku lekowego - uważają przedstawiciele środowisk aptekarskich. Chcąc temu niekorzystnemu również dla pacjentów zjawisku zapobiec, aptekarze powołali Komitet Inicjatywy Ustawodawczej. Komitet proponuje wniesienie do ustawy zmian, które mają uniemożliwić nadmierną koncentrację aptek w sieciach jednego koncernu farmaceutycznego.
Z Danutą Ignyś i Andrzejem Wróblem z Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej ds. nowelizacji ustawy Prawo farmaceutyczne rozmawia Anna Zalech
W jakim celu powołaliście Państwo Komitet Inicjatywy Ustawodawczej?
Andrzej Wróbel - Komitet Inicjatywy Ustawodawczej ds. nowelizacji ustawy Prawo farmaceutyczne jest organizacją społeczną powołaną 16 grudnia 2002 roku. Reprezentuje grupę obywateli, która korzysta z prawa do wniesienia do Sejmu własnego projektu ustawy. W działania komitetu poza aptekarzami włączyli się także producenci leków, hurtownie farmaceutyczne, jak również sami pacjenci.
Danuta Ignyś - Chcemy wnieść projekt zmieniający ustawę Prawo farmaceutyczne, ponieważ obecna ustawa zagraża polskiemu rynkowi a także samym pacjentom.
W jaki sposób?
A.W. - Dzisiejsza ustawa umożliwia monopolizację polskiego rynku aptecznego. Skupienie w jednym ręku 10 proc. aptek w skali kraju to wykupienie aptek z całego województwa. Duże koncerny farmaceutyczne mogą sobie pozwolić na taki wykup. W aptekach będą sprzedawać swoje, a nie krajowe wyroby. Po opanowaniu rynku przez powiązane ze sobą podmioty bardzo łatwo będzie wyrugować z niego krajowych wytwórców, hurtowników i drobnych aptekarzy. To koncerny będą wtedy dyktować warunki. Problem polega na tym, że leki importowane są średnio 4-5 razy droższe od krajowych.
D.I. - Jeśli dojdzie do koncentracji aptek w jednym ręku, wzrosną ceny leków - stracą pacjenci, budżet państwa, upadną krajowe firmy farmaceutyczne oraz hurtownie leków. Powstaną ogromne sieci apteczne powiązane kapitałem bądź umowami handlowymi z największymi światowymi koncernami farmaceutycznymi. Tanie krajowe leki zostaną całkowicie wyparte z rynku, powstanie monopol, który będzie dowolnie dyktował ceny. Obecne prawo dyskryminuje polskie podmioty względem unijnych. Jest to chyba jedyne tego typu rozwiązanie w skali światowej.
Jakie zmiany w ustawie Państwo proponują?
A.W. - Chcemy ograniczenia liczby wydawanych zezwoleń na prowadzenie apteki do jednego dla jednego podmiotu. Ponadto postulujemy oddzielenie własności apteki od uzyskania zezwolenia na jej prowadzenie, które może otrzymać - zgodnie z rozwiązaniami europejskimi - jedynie farmaceuta, czyli osoba, która ma wykształcenie farmaceutyczne. Ponadto na wzór rozwiązań europejskich proponujemy demograficzne rozmieszczenie aptek. Jedna apteka powinna zaopatrywać określoną liczbę mieszkańców. Dzięki temu obywatele danego kraju mają równy dostęp do leków i opieki farmaceutycznej. W Polsce przy braku takich zapisów w dużych miastach apteki znajdują się na każdym rogu ulicy, często sąsiadując ze sobą. Natomiast na wsi po to, aby kupić leki, trzeba przejechać często kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt kilometrów.
D.I. - Chcę także zaznaczyć, że nasz projekt szanuje prawa nabyte. Nie chcemy likwidacji dziś istniejących sieci aptek. Obecnie grupy apteczne nie są zagrożeniem dla swobodnego handlu lekami czy też dla krajowego przemysłu i hurtowni. Takim zagrożeniem byłyby duże sieci powiązane z koncernami farmaceutycznymi.
Jak inne kraje radzą sobie z napływem zagranicznego kapitału?
A.W. - Ustawodawstwo w innych krajach europejskich, gdzie istnieje rodzimy, tani przemysł, zdecydowanie uniemożliwia tworzenie sieci aptecznych i monopolizację rynku. Publiczne pieniądze muszą służyć społeczeństwu, być wydawane racjonalnie i sprzyjać rodzimej przedsiębiorczości. W Niemczech aptekarz nie może mieć drugiej apteki, a w Finlandii i Portugalii nie można ich nawet dziedziczyć. Pozostałe kraje UE przyjęły rozwiązanie, w którym po śmierci właściciela apteki spadkobiercy mają możliwość zachowania praw własności do niej po spełnieniu szeregu rygorystycznych warunków. Wyjątkiem jest Szwecja, gdzie funkcjonują wyłącznie apteki państwowe. Ochrona własnego rynku farmaceutycznego, który funkcjonuje przecież w oparciu o publiczne pieniądze, jest w krajach UE tak dalece posunięta, że choć formalnie istnieje tam wspólny rynek, to niemieckich leków nie spotyka się we francuskich aptekach, a hiszpańskich w Niemczech. W niemieckich hurtowniach leki importowane nie mogą przekraczać 20 proc. sprzedawanych specyfików, co roku ustalane są kwoty na leki importowane.
A jak to wygląda w Polsce?
A.W. - W Polsce rynek farmaceutyczny został całkowicie otwarty, co wpłynęło na lawinowy wzrost wydatków na publiczną służbę zdrowia. Jeśli prawo farmaceutyczne nie zostanie zmienione za kilka-kilkanaście lat, to krajowy przemysł farmaceutyczny, krajowe apteki i hurtownie znikną z rynku, pacjenci będą skazani na drogie leki z importu, a państwo będzie musiało kilkakrotnie zwiększyć wydatki na refundację. Pieniądze polskich podatników trafią do zagranicznych koncernów.
D.I. - Trzeba również pamiętać o tym, że po otwarciu polskiego rynku leków na niczym nieograniczony import średnia cena opakowania leku sprzedawanego w Polsce wzrosła o kilkaset proc. Importerzy przejęli ponad 70 proc. krajowego rynku leków. I nie chodzi o to, że dostarczają nowoczesne preparaty, których nie produkuje krajowy przemysł. Około 90 proc. importu to specyfiki, które wytwarzają krajowe zakłady. Jedyna różnica to cena i siła marketingowego wsparcia.
Poza tym krajowy przemysł farmaceutyczny i rozdrobniony rynek aptekarski nie są w stanie wpływać na decyzje dotyczące umieszczania poszczególnych leków na listach odpłatnościowych.
Czy to oznacza, że koncerny będą mogły wpływać na politykę lekową państwa?
A.W. - Ostatnie afery z udziałem przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia pokazują, że działania takie są już prowadzone. Duże grupy kapitałowe złożone z sieci aptecznych i koncernów farmaceutycznych mogą pozbawić państwa suwerenności w prowadzeniu polityki lekowej.
Mówi się, że pacjenci mogą jednak skorzystać na powstaniu sieci aptek.
A.W. - Jest to nieprawda. Sieć nastawiona jest jedynie na zysk, czyli większą sprzedaż medykamentów. Często obniża się cenę jednego leku, aby przyciągnąć klienta - tak jak w supermarkecie. Ale proszę mi powiedzieć, czy dobrze jest, jeżeli zwiększa się ilość spożywanych leków. Otóż nie. Tylko racjonalne, wyważone ilości są właściwe. Prowadzenie apteki to nie jest działalność wyłącznie handlowa; to przede wszystkim działalność usługowa dla pacjenta. Farmaceuta ma również służyć radą. Jak człowiek sprzedający w sieciowych aptekach może udzielić obiektywnej porady, jeżeli musi sprzedać jak największą ilość medykamentów? A to się zdarza już teraz. Aptekarz ma być zwykłym sprzedawcą i jednocześnie znać techniki marketingowe.
D.I. - Prawo można skutecznie omijać, ale każdy aptekarz musi mieć możliwość pracy zgodnie z kodeksem etycznym swojego zawodu. Oczywiście, człowiek posiadający aptekę musi na niej zarobić, bo nie jest to przecież fundacja charytatywna. Jednak aptekarzowi z rodzimej apteki zależy na pacjencie. Często pomiędzy nim a pacjentem tworzy się więź podobna do tej, jaka istnieje pomiędzy lekarzem a pacjentem. To aptekarz ma być doradcą pacjenta, ma stać na straży jego bezpiecznego dla zdrowia zakupu.
Ile podpisów pod projektem już Państwo zebrali?
A.W. - Zebraliśmy już 85 tys., musimy jeszcze zebrać 15 tys., aby złożyć projekt w Sejmie. Mamy czas do połowy sierpnia. Dlatego też prosimy każdego, kto chciałby wspomóc naszą akcję, aby złożył taki podpis w Naczelnej Izbie Aptekarskiej lub w izbach okręgowych. Można również podpisywać się w aptekach, które mają takie listy.
Dziękuję za rozmowę.
Anna Zalech
2003.07.28 Nasz Dziennik
Autor: DW