Walki na ulicach
Treść
Nawet do 70 osób mogło zginąć w zakrojonej na szeroką skalę akcji zbrojnej czeczeńskich lub inguszeckich bojowników w Inguszetii. W bezprecedensowym ataku zginęło kierownictwo inguszeckich sił bezpieczeństwa, w tym szef MSW republiki Abukar Kostojew. Czeczeńscy bojownicy określili walki mianem "zbrojnego powstania" przeciwko promoskiewskim władzom.
W ataku oprócz Abukara Kostojewa i jego ochroniarzy mieli zginąć wiceminister Ziaudin Kotijew i niemal całe kierownictwo nazrańskiej prokuratury: prokurator Mucharbiek Buzurtanow i jego dwóch zastępców. Śmierć poniósł także komendant milicji drogowej Magomied-Giri Kacyjew wraz z kierowcą. Portal internetowy Ingushetiya.ru pisze, że w jednym z punktów Nazrania w płomieniach zginęło 10 funkcjonariuszy jednostek specjalnych milicji OMON, których samochód dostał się pod ostrzał. W innym miejscu - czytamy na stronie internetowej - leżą ciała pięciu OMON-owców. Oficjalne źródła rosyjskie przyznają się na razie do śmierci 46 osób, podczas gdy państwowa telewizja Rossija mówi o 48 zabitych i 30 rannych.
Intensywne walki na ulicach Nazrania i dwóch innych inguszeckich miejscowości - Karabułaku i stanicy Sliepcowskiej - trwały około czterech godzin. Bojownikom - jak twierdzą władze - nie udało się przejąć ważnego punktu - aresztu śledczego MSW, gdzie przebywa ich 50 towarzyszy oskarżonych przez Rosjan o terroryzm. Powiodła się natomiast próba zdobycia broni i amunicji z magazynów MSW Inguszetii. Władze utrzymują, że ataki zostały odparte i sytuacja po nocnych walkach jest już w pełni pod kontrolą, choć po akcji rebeliantów pozostało wiele płonących budynków oraz leżące na ulicach ciała zabitych.
Bojownicy czeczeńscy wycofali się w kierunku miejscowości Gałaszki, położonej 15 kilometrów na południowy wschód od Nazrania. Portal czeczeńskich bojowników Kavkaz-Center potwierdził, że "około godz. 3 w nocy (godz. 1 czasu warszawskiego) mudżahedini zaczęli w zorganizowany sposób wycofywać się z miast Inguszetii, które wcześniej zajęli, i kierować się ku południowym rejonom republiki". Akcja dokonana w nocy z poniedziałku na wtorek była największą operacją partyzancką od czasu rozpoczęcia w październiku 1999 r. drugiej wojny w Czeczenii. Władze rosyjskie twierdzą, że uczestniczyło w niej około 200 dobrze uzbrojonych bojowników.
Tymczasem prezydent Rosji Władimir Putin zażądał wczoraj od rosyjskich struktur siłowych, by "szukały i zlikwidowały" czeczeńskich bojowników, którzy zaatakowali Inguszetię. - Trzeba ich szukać i zlikwidować, a jak kogoś można wziąć (żywcem), to wziąć i postawić przed sądem - powiedział Putin.
Przedstawiciele czeczeńskich bojowników obarczyli władze rosyjskie odpowiedzialnością za krwawe starcia w Inguszetii. "Można z całą stanowczością stwierdzić, że wojna w Inguszetii zaczęła się w tym momencie, gdy Kreml zmusił (w kwietniu 2002 roku) inguskiego prezydenta Rusłana Auszewa do dymisji, a na jego miejscu posadził swoją pokorną marionetkę Murata Ziazikowa, kadrowego czekistę" - napisał na oficjalnej stronie czeczeńskich bojowników ich emisariusz Achmed Zakajew. Dodał on, że pod rządami Ziazikowa Inguszetia przekształciła się w strefę krwawej działalności rosyjskich szwadronów śmierci. "Zabójstwa, porywanie ludzi, terror wobec uchodźców czeczeńskich i pełne bezprawie stało się w Inguszetii codzienną rzeczywistością, podobnie jak opór wobec tego ucisku" - napisał Zakajew. Emisariusz separatystów grozi przy tym Moskwie, że "nikt nie może dać gwarancji, iż wojna nie przeniesie się na inne terytoria Kaukazu i samej Rosji".
Potwierdzeniem tej opinii jest relacja jednego ze świadków, który stwierdził, że bojownicy, którzy w nocy z poniedziałku na wtorek stoczyli walki z siłami rosyjskimi w Inguszetii, byli etnicznymi Inguszami, a nie Czeczenami. Wzięty w czasie walk do niewoli milicjant inguskiej drogówki stwierdził, że wszyscy napastnicy mówili po ingusku. - Jeden z bojowników powiedział: "Nie zabijamy drogówki i członków ochrony międzyresortowej. Zabijamy operacyjnych, prokuratorów i sędziów, którzy porywają i mordują Inguszy, zabijamy ich, bo się sprzedali Rosjanom" - relacjonował milicjant.
Rozmówca portalu twierdzi, że wraz z nim na posterunku przetrzymywano jeszcze kilku innych milicjantów, głównie z drogówki. Po jakimś czasie bojownicy wypuścili ich na wolność i kazali iść w kierunku Nazrania. - Na centralnej drodze stały posterunki bojowników, którzy kilkakrotnie zatrzymywali mnie, sprawdzali papiery i jak widzieli, że jestem z drogówki, to wypuszczali. To też byli Ingusze. Mówili, że mszczą się za zabitych i porwanych chłopaków, a śledczych, członków służb specjalnych i OMON-owców zabijają za to, że pomagają rosyjskim służbom - dodał milicjant.
PS, PAP
Nasz Dziennik 23-06-2004
Autor: DW