Przejdź do treści
Przejdź do stopki

W polskich kręgach rządowych działa lobby prorosyjskie

Treść

Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w dziedzinie polityki z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Anna Wiejak

Czy Rosja jest na tyle zszokowana obecnym stanowiskiem polskiego rządu, że nie reaguje? Czy też wcale nie jest zaskoczona i na wszelki wypadek woli milczeć?
- Rosjanie mają świadomość tego, że element tarczy stał się w chwili obecnej wewnętrznym problemem Polski, elementem rozgrywek między Pałacem Prezydenckim a kancelarią premiera. Skoro za nich ktoś robi robotę, to dlaczego mieliby się denerwować. Stąd uznali, iż najlepiej po prostu milczeć. Zakładając, że jeżeli negocjacje ciągle trwają, a premier występuje z orędziem, w którym stwierdza, że Polska nie może być narażona na niebezpieczeństwo, tym samym zrywa wszelkie rozmowy. To wystąpienie było bez sensu i ewidentnie przeliczone na bliżej nieokreślone efekty polityczne wewnątrz kraju, niemające bynajmniej nic wspólnego z interesem Polski. Chyba że rzeczywiście rozmowy się zakończyły i Amerykanie nie mają już więcej nic do powiedzenia. Ale skoro jest inaczej, to co robi obecnie minister Radosław Sikorski w Stanach Zjednoczonych?

To jest bardzo dobre pytanie. Można odnieść wrażenie, że to strona polska wystąpiła o spotkanie z panią Condoleezzą Rice i wcale nie jest przesądzone, czy amerykańska sekretarz stanu spotka się z polskim ministrem. Czy w tej sytuacji Amerykanie się nie wycofają?
- Wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby Amerykanie powiedzieli, że w takim razie nam dziękują i temat byłby zamknięty. Ja zawsze zakładam, że wszystkie negocjacje mają swoje pewne prawa. Należy pamiętać, iż to, co wypada doradcy czy nawet zastępcy, nie zawsze wypada premierowi. Jeżeli premier wypowiada bardzo stanowcze i bardzo jednoznaczne określenia na temat bieżących wydarzeń w negocjacjach, to znaczy, że wyciąga karty na stół i na dobrą sprawę od tego stołu już odchodzi. To jest w tym wszystkim najgorsze, nie zaś to, że trwają negocjacje, a obok nich - przepychanki. Premier właściwie porównał amerykańską inicjatywę do wydarzeń roku 1939 w chwili, kiedy stwierdził, że trzeba skończyć z polityką narażania Polski na niebezpieczeństwa - stworzył puentę, że istnienie tarczy w Polsce jest niczym innym, jak tylko narażeniem Polski na niebezpieczeństwo.

Jaki zatem cel przyświeca wizycie Radosława Sikorskiego w Stanach Zjednoczonych?
- Mam wrażenie, że premier Donald Tusk chce udowodnić swoją wielką skuteczność. Osobiście już przestaję rozumieć tę całą logikę negocjacyjną polskiego rządu. Jest za głośno. Kładzie się nacisk na PR, nie zaś na interesy Polski. Mam wrażenie, że to przeliczanie na słupki wyborcze nad pewnymi racjonalnymi, uzasadnionymi faktami, które trzeba wziąć pod uwagę. Po pierwsze, obecność tarczy w Polsce oznaczałaby, że Polska jest nadal istotnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Po drugie, technologicznie Polska staje się tym krajem, który jest o klasę wyżej i nasze prawa stają się istotne i bardzo ważne. Na pewno warto mówić o Patriotach, ale nie wierzę w to, że Amerykanie decydują się na tak poważną inwestycję bez zabezpieczenia rakietowego. Żeby bronić tej tarczy, rakiety nie muszą znajdować się na terytorium Polski. Zapominamy, że żyjemy w czasach, w których mamy do czynienia z bardziej wyrafinowanymi, skomputeryzowanymi systemami obrony. Obecna epoka jest epoką rakiet, i to nie tyle uzbrojonych w głowice nuklearne, ile działających w przestrzeni kosmicznej.

Oprócz Rosji sprzeciw wobec tarczy antyrakietowej w Polsce wysuwały również Niemcy.
- Zgadza się. W tym momencie wychodzi konflikt wewnętrzny, jaki mamy w NATO. Polacy są od dawna tymi czytelnymi sojusznikami Ameryki przy ewidentnej opozycji Francji i Niemiec, gdy chodzi o rozmowy w kwestiach militarnych. Myślę, że ostatnia decyzja pana Tuska ewidentnie obniżyła naszą pozycję międzynarodową. Był to ponadto ukłon w stronę Niemiec i pokazanie, że Polska będzie jednak szła w kierunku prounijnym w sferach militarnych. Bądźmy jednak realistami. W chwili obecnej jedyną potęgą militarną na świecie, która potrafi samodzielnie prowadzić jakiekolwiek działania militarne, są Stany Zjednoczone. Europa jako siła militarna niestety w tym wszystkim nie funkcjonuje.
Już niezależnie od kwestii tarczy, ale biorąc pod uwagę temat Gruzji i tego, co się dzieje na pograniczu z Abchazją, kwestię Mołdawii, która obecnie - jak widać - znowu wraca w ręce Rosji, kwestię Ukrainy, można dojść do wniosku, że na terenie Polski, w kręgach rządowych działa lobby prorosyjskie. Niestety, poza panem prezydentem nie da się zauważyć jednoznacznej i bardzo konkretnej polityki wobec wspomnianych państw. Mam wrażenie, że prezydent jest tutaj osamotniony i nie ma wsparcia rządu i polskiego premiera. Rosyjska telewizja od kilku dni bardzo głośno akcentuje to, że wina i koniaki mołdawskie wrócą na rynek rosyjski. To wyjaśnia, dlaczego nie było prezydenta Mołdawii na szczycie GUAM. Mołdawia widzi bowiem, że z Europą interesy jej się nie ułożą i warto wrócić do Moskwy. Z kolei na terenie Gruzji mamy bez przerwy do czynienia z prowokacjami. Powinna zapaść międzynarodowa decyzja o pojawieniu się obserwatorów nie rosyjskich, ale unijnych czy nawet OBWE, żeby te kwestie wyjaśniać. Gruzja jest ciągle pozostawiona sama. Podobnie wygląda sytuacja Ukrainy, Armenii czy Azerbejdżanu. Zaraz po szczycie GUAM prezydent Rosji pojawił się w Baku, a więc Rosjanie mają świadomość tego, że polska polityka jest w pewnej kolizji z interesami Rosji. Tylko żeby ta polityka była skuteczna, prezydent i premier muszą działać wspólnie, w jednym kierunku. Musi istnieć konsolidacja i jednomyślność. Rosjanie nie szanują słabych, a polityka spolegliwości wobec Moskwy zawsze kończy się źle. Mam wrażenie, że polski rząd tego nie rozumie. Rosjanie uczynią wszystko, aby rozbić jedność unijną, a z drugiej strony - aby rozbić tę koncepcję tarczy wewnątrz Polski i w Czechach. Interpretacja, że będziemy krajem, w który będą wcelowane rakiety, jest bardzo naiwna i obliczona na czystą propagandę. Polska jest krajem NATO, tymczasem z zaprezentowanej przez premiera logiki wynika jednoznacznie: "Po co w ogóle jesteśmy w NATO, skoro ciągle narażamy się na niebezpieczeństwa, w tym na niebezpieczeństwo ze strony Rosji?". Należy pamiętać, że Rosja nadal nie jest w NATO i traktuje sojusz jako wrogi i agresywny wobec niej. Po ostatnich słowach premiera nie tylko kwestia tarczy antyrakietowej stanęła pod znakiem zapytania, ale w ogóle naszej obecności w strukturach Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Dziękuję za rozmowę.
"Nasz Dziennik" 2008-07-08

Autor: wa