Przejdź do treści
Przejdź do stopki

W najgorszym wypadku będziemy negocjować derogację

Treść

Z Janem Zahradilem, czeskim deputowanym do Parlamentu Europejskiego z grupy Europejska Partia Ludowa - Europejscy Demokraci (EPP - ED), rozmawia Anna Wiejak

Zarówno Niemcy, jak i Francja wywierają duży nacisk na Republikę Czech, aby ta ratyfikowała traktat lizboński. W jaki sposób starają się zmusić Czechy do wprowadzenia tego dokumentu w życie?
- Rzecz jasna są to liczne sygnały wysyłane w trakcie wizyt naszych przedstawicieli w Brukseli. Jako członkowie Parlamentu Europejskiego jesteśmy indagowani przez naszych kolegów z Niemiec i Francji, jak długo jeszcze potrwa proces ratyfikacji. Ale na to mamy zawsze standardową odpowiedź: ratyfikacja wymaga zakończenia pewnego procesu wyznaczonego przez konstytucję, czyli uzyskania akceptacji przez Trybunał Konstytucyjny. Wyrok Trybunału znany będzie najprawdopodobniej dopiero 25 listopada, zatem jeżeli nawet decyzja Trybunału będzie pozytywna, nie ma żadnych szans na ratyfikację traktatu reformującego przed końcem tego roku.

Czesi interesują się losem tego dokumentu?
- Społeczeństwo Czech zupełnie ignoruje tę sprawę. Ludziom najzwyczajniej w świecie zupełnie na tym nie zależy, gdyż nie rozumieją zagadnienia. Dzisiaj z wizytą w Pradze będzie przebywał Declan Ganley, irlandzki lider przeciwników ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Być może dzięki niemu uda się zwrócić uwagę społeczeństwa na kwestię traktatu. Sądzę jednak, że dla przeciętnego Czecha sprawa ta nie ma aż tak wielkiej wagi, ze względu na to, co dzieje się obecnie na naszej scenie politycznej. Mamy obecnie bardzo trudną sytuację. Rząd dwukrotnie przegrał wybory, przez co sytuacja jest może nie tyle kryzysowa, ile niespokojna. Premier zapowiedział zmiany w rządzie, a że jest on liderem najsilniejszego w kraju ugrupowania, zapewne będzie starał się utrzymać na tej pozycji w czasie kolejnych wyborów na szefa partii. Wiele się dzieje u nas w kraju. Rzecz jasna przygotowujemy się również do objęcia przewodnictwa w Unii Europejskiej, jednakże nie ma to bezpośredniego przełożenia na sprawę. Przygotowaliśmy się bowiem na obydwie ewentualności: na scenariusz "z" i "bez" traktatu lizbońskiego.

W Pana opinii, Czechy powinny ratyfikować traktat?
- Jeżeli Trybunał Konstytucyjny uzna, że traktat lizboński jest zgodny z zapisami czeskiej konstytucji, zostanie on zapewne ratyfikowany w trakcie naszej prezydencji. Jeżeli natomiast Trybunał Konstytucyjny stwierdzi, że dokument ten nie jest zgodny z naszą konstytucją, staniemy zapewne u zarania długiego procesu, gdyż albo będziemy zmuszeni rozważyć wprowadzenie zmian w naszej ustawie zasadniczej, albo od nowa rozpocząć negocjacje z Unią Europejską oraz wynegocjować wyłączenie pewnych punktów traktatu.

Jakie zalety, a jakie wady ratyfikacji Pan dostrzega?
- Traktat lizboński jest dokumentem, który niestety faworyzuje przede wszystkim największe kraje członkowskie, a w szczególności Niemcy i Francję. Bardzo żałuję, że zaproponowany przez Polskę tzw. kompromis z Joaniny dotyczący systemu głosowania został w trakcie tych negocjacji odrzucony. Polska propozycja była bowiem bardziej sprawiedliwa i uczciwa niż system głosowania, który usiłuje się obecnie wdrażać.

W różnych krajach Wspólnoty mamy różny stopień rozwoju gospodarczego oraz różne tempo rozwoju gospodarki, zatem czy jest w ogóle możliwe, aby wszystkie kraje Europy prowadziły jedną wspólną politykę?
- Rzeczywiście tak jest. Możemy mówić zatem o Europie dwóch lub wielu prędkości. Nie boję się tego i nie rozumiem, dlaczego niektórzy - z premierem Polski Donaldem Tuskiem włącznie - tak bardzo obawiają się Europy różnych prędkości. Przecież nie musimy rozwijać się wszyscy w dokładnie takim samym tempie i podążać w jednym kierunku. Powinniśmy mieć prawo, aby różnić się między sobą, tym bardziej że niektóre kraje wcale nie chcą prowadzić proponowanej i realizowanej przez Unię Europejską polityki, zatem powinny zostać z niej wyłączone. Widać ewidentnie, że Europa skłania się ku zachowaniu różnicy prędkości rozwoju poszczególnych jej części i ja bym się tej tendencji nie obawiał.

Pojawiają się pomysły - w Polsce również - aby traktat lizboński został ratyfikowany bez oglądania się na irlandzkie weto.
- Z punktu widzenia prawa takie rozwiązanie jest po prostu niemożliwe do zrealizowania. Byłoby to bowiem sprzeczne z wcześniej przyjętym prawem Unii Europejskiej, a sądzę, że Wspólnota jest społecznością praworządną. Dlatego też powinna przestrzegać zapisów, które sama ustanowiła. Jeżeli natomiast zdecyduje się na ratyfikację dokumentu, ignorując głos Irlandii, będzie to stanowiło zły precedens, gdyż będzie oznaczało, iż wcześniej przyjęte prawo Unii Europejskiej nie ma w zasadzie żadnej wartości i nie stanowi prawa, na którym można polegać. Taki krok byłby zatem bardzo niebezpieczny, mógłby bowiem podważyć podstawy europejskiej integracji.

Dziękuję za rozmowę.
"Nasz Dziennik" 2008-11-05

Autor: wa