W łyżwiarstwie trzeba swoje wyjeździć
Treść
Rozmowa z Katarzyną Wójcicką, panczenistką AZS Zakopane
Jakie wrażenia kilkanaście dni po igrzyskach? Udało się już Pani wrócić do codziennej rzeczywistości?
- Nie było z tym żadnych problemów, tym bardziej że nie możemy sobie pozwolić na żadne rozprężenie czy luz, wszak nie zakończył się jeszcze sezon. Przed nami mistrzostwa Polski i świata, jest zatem o co walczyć. Pewnie dopiero po 20 marca będziemy mogli na chwilę zapomnieć o sporcie i nieco odpocząć.
Jak ocenia Pani swój olimpijski występ? Gdy rozmawialiśmy przed wyjazdem do Turynu, mówiła Pani, że da jej satysfakcję powtórka z ubiegłorocznych mistrzostw świata, czyli miejsce dziewiąte. Ósme będzie już sporym sukcesem. I ósme było!
- Uważam, że cały mój występ był udany. Biegi bardzo dobrze przejechałam, uzyskałam wysokie miejsca i dobre czasy. Łyżwiarstwo szybkie jest taką dyscypliną, w której trzeba swoje wyjeździć, a sukcesy przychodzą wraz z nabywanym doświadczeniem. Widać to choćby po mnie i porównaniu wyników z Salt Lake City i Turynu. Postęp jest widoczny.
A jeśli chodzi o ósme miejsce; faktycznie, było ono moim marzeniem i udało się je zrealizować. Ogromną satysfakcję dał mi także rekord Polski na 1000 m. Spoglądając na tablicę wyników po zakończeniu biegu, szukałam swojego wyniku w granicach 1,19-1,20 min. Tymczasem okazało się, że uzyskałam 1,17.28 min! Owszem, było to małe zaskoczenie, ale z drugiej strony po to przygotowywałam się do igrzysk, by wypaść jak najlepiej. Po raz kolejny okazało się, że współpraca z trenerem Krzysztofem Niedźwiedzkim daje znakomite efekty.
Często Pani podkreśla, że na olimpiadę w Salt Lake City pojechała zabrać jak najwięcej doświadczeń i nauki, które miały zaprocentować w Turynie...
- ... i zaprocentowały. Widać to było chyba po moim zachowaniu, podejściu do startów. Bo choć rywalki i konkurencje są takie same jak na pozostałych zawodach, olimpiada to coś zupełnie innego, niepowtarzalnego i wyjątkowego. Inna jest jej ranga - potrafi sparaliżować najlepszych. Trudno to nawet wytłumaczyć logicznie, każdy z zawodników ma swoje subiektywne odczucia. Proszę zauważyć, jak wielu wielkich faworytów na igrzyskach nie wytrzymuje presji, startuje dużo poniżej możliwości. Dlatego też tak wielu swój olimpijski debiut traktuje jako przetarcie, szansę na zdobycie doświadczenia, oswojenie się z tymi zawodami, ich otoczką.
Co szczególnie zapamiętała Pani w Turynie?
- Nic szczególnego mi w pamięci nie zostało, raczej obraz igrzysk jako całości. Dobry obraz, zarówno pod względem sportowym, jak i organizacyjnym. A jeśli już miałabym podać jakiś jeden przykład, to byłyby to emocje, które przeżywałam po biegu na 1000 m. Spodziewałam się bowiem, że każda para startująca po mnie będzie lepsza, a tu długo byłam pierwsza i pierwsza. Wtedy przeżywałam stres chyba większy niż podczas samego startu.
Cieszę się też z tego, że mój start został w Polsce bardzo dobrze oceniony. Poza tym - wraz z Konradem Niedźwiedzkim - udowodniliśmy, że w kraju można nauczyć się dobrze i szybko jeździć na łyżwach. Wiele osób panczeny kojarzyło dotąd tylko z jednym zawodnikiem i było wręcz zdziwionych, że oto w Turynie pojawił się ktoś nowy, kto może rywalizować z najlepszymi, osiągać dobre wyniki. A mówiąc nieskromnie - to było przecież do przewidzenia. Od pewnego już czasu osiągamy niezłe wyniki w poważnych zawodach, nie wypadamy poza czołówkę, jesteśmy widoczni.
A takie oceny - to też motywacja do dalszej pracy.
Motywacja dla Pani, ale może i dla ludzi odpowiedzialnych za polski sport, by na łyżwiarstwo szybkie spojrzeli łaskawszym niż dotąd okiem. Wypada mieć nadzieję, że wasze turyńskie sukcesy przyczynią się do rozwoju tej dyscypliny, że wreszcie powstanie hala, tor z prawdziwego zdarzenia.
- To prawda. I ja mam nadzieję, że po tych igrzyskach coś ruszy w naszych sportach zimowych. A jeśli chodzi o łyżwiarstwo - tor, hala to podstawowe rzeczy, konieczne do tego, abyśmy w ogóle mogli w Polsce trenować. Na razie nie ma do tego warunków, dlatego musimy jeździć za granicę, spędzamy tam ponad 250 dni w roku. Ogrom. To męczące, a poza tym bardzo dużo kosztuje. Ba, przy okazji uśmierca dyscyplinę, bo przecież daje szansę normalnego treningu małej grupie zawodników, a co ma robić reszta? Gdzie ma się kształcić młodzież, w jaki sposób w ogóle przyciągnąć i zachęcić ją do uprawiania łyżwiarstwa? Dobry tor jest zatem potrzebą chwili, by dyscyplina się rozwijała. Garstka ludzi wysyłanych na dobry lód to nie wszystko. Hala w Warszawie, planowany tor w Zakopanem pomogą zainteresować się sportem większej liczbie osób.
Oczywiście potrzebujemy też sponsorów, żeby optymalnie przygotować się do igrzysk za cztery lata. Pieniądze potrzebne są do stworzenia grupy, która będzie razem trenowała i pracowała na wynik pojedynczego zawodnika. Łyżwiarstwo to dyscyplina indywidualna, ale bez grupy, wspólnych zajęć niewiele można osiągnąć. Byłoby wspaniale, gdyby w kraju zwiększyła się konkurencja, pojawili się zawodnicy zdolni, mocno naciskający tych najlepszych. Finanse niezbędne są także na psychologa, fizykoterapeutę, lekarza. Nie wszystko zdoła zapewnić związek, trzeba znaleźć sponsorów, a o nich jest szalenie ciężko...
Od igrzysk w Salt Lake City wykonała Pani kawał ogromnej pracy, która w Turynie przyniosła owoce. Ale to nie kres możliwości, bo przecież dopiero wkracza Pani w najlepszy dla panczenisty wiek. Gdzie tkwią zatem rezerwy, które można poprawić i wykorzystać, by wyniki były jeszcze lepsze?
- Przede wszystkim w głowie. W psychice sportowca tkwi ogromna rezerwa, zarówno jeśli chodzi o wynik, jak i sam trening. Przez najbliższe lata powinna wzrosnąć moja wydolność i siła, mięsień winien być lepiej wypracowany, mogę poprawić technikę, sylwetkę, słowem... wszystko. Potrzeba tylko czasu, sumienności, dokładności i obowiązkowości. Z nimi jednak nigdy nie miałam problemu (śmiech).
Co zatem zrobić, by za cztery lata w Vancouver było jeszcze lepiej?
- Po zakończeniu tego sezonu usiądziemy wspólnie z trenerem Niedźwiedzkim i przeanalizujemy dotychczasowe lata pracy: co zrobiliśmy dobrze, co mogliśmy lepiej, co trzeba zmienić. Stworzymy czteroletni plan, którego celem będzie optymalne przygotowanie się do kolejnej olimpiady. Wszystkie inne starty, czy to mistrzostwa świata, czy Puchar Świata, będą tylko środkiem, który pomoże w realizacji podstawowego zadania. Wspólnie wierzymy, że może być lepiej, nawet dużo lepiej. Wiele zależy jednak od możliwości, jakie będą nam dane, czyli, brzydko mówiąc, od budżetu i pieniędzy. Bez nich niewiele da się osiągnąć.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
"Nasz Dziennik" 2006-03-08
Autor: ab