Przejdź do treści
Przejdź do stopki

W gąszczu sprzecznych racji

Treść

Z dr. Adamem Bieńkiem, adiunktem w Zakładzie Arabistyki Instytutu Filologii Orientalnej Uniwersytetu Jagiellońskiego, o sytuacji na Bliskim Wschodzie rozmawia Aneta Jezierska



W rejonie Bliskiego Wschodu obserwujemy ogromne napięcie. W ostatnich tygodniach raz po raz dochodzą do nas informacje o nuklearnych ambicjach Iranu, o napięciu na linii Izrael - Autonomia Palestyńska. Ktoś, kto nie śledzi dokładnie tamtejszych sporów, zaczyna się gubić w gąszczu prasowych relacji. Jakie są przyczyny zapalnej sytuacji w tamtym regionie?
- Istnieje kilka bardzo ważnych tego czynników. Po pierwsze, konflikt arabsko-izraelski, który musi być najpierw rozwiązany na linii Palestyńczycy - Izraelczycy, a wydaje się to niemożliwe bez aktywnego udziału stron trzecich. Zarówno Palestyńczycy, jak i Izraelczycy okopali się na nienaruszalnych pozycjach politycznych. Nie chcą iść na ustępstwa. Tylko ingerencja z zewnątrz może do tego doprowadzić. Palestyńczyków do podjęcia rozmów przekonałyby naciski ze strony Iranu i Syrii. Są to kraje, które mają realny wpływ na postępowanie, a także uzbrojenie czy wyposażenie bojowników palestyńskich, zwłaszcza w Libanie. Z drugiej zaś strony Stany Zjednoczone musiałyby aktywniej przekonywać Izrael do ustępstw.
Po drugie, konflikty graniczne wynikające z okresu, kiedy po upadku Imperium Osmańskiego po I wojnie światowej arbitralnie podzielono Bliski Wschód na tzw. terytoria mandatowe Ligi Narodów, którymi zawiadywały głównie Wielka Brytania i Francja. Skutkiem tego Kurdowie zostali podzieleni pomiędzy cztery kraje: Turcję, Irak, Iran i Syrię. Wydaje się, że arbitralne utworzenie po I wojnie światowej takich organizmów państwowych jak Irak, który nigdy wcześniej nie istniał, doprowadziło do konfliktów na tle etnicznym. W tej chwili bowiem nie można sobie wyobrazić przyszłości Iraku rządzonego wspólnie przez Kurdów, szyitów i sunnitów. Wydaje się, że te społeczności nie bardzo będą mogły żyć i współpracować w ramach jednego państwa.

Istnieją także konflikty wynikające z interesów gospodarczych...
- Docelowo na pewno grożą pewne napięcia na linii Turcja, Syria czy Irak choćby ze względu na eksploatację wód Eufratu. Zarówno Turcja, jak i Syria posiadają zapory na tej rzece, co doprowadza do sytuacji, że w chwilach niedoboru wody w Iraku rzeka zmienia się w rzeczułkę.
Kolejny problem to oczywiście konflikty na tle wyznaniowym. Głównie rywalizacja pomiędzy sunnitami a szyitami, która przebiega nie tylko na terenie Iraku. Także na obszarze Libanu mamy do czynienia z rywalizacją muzułmańsko-chrześcijańską z jednej strony oraz pomiędzy sunnitami i szyitami z drugiej, a także pomiędzy stronnictwem prosyryjskim a bardziej prozachodnim skrzydłem libańskiej sceny politycznej.

Dlaczego Amerykanie nieustannie naciskają na Iran? Czy powodem tego jest wyłącznie program nuklearny?
- Na pewno program nuklearny Iranu jest głównym powodem, dla którego Stany Zjednoczone rozpoczęły w ogóle rozmowę na temat sankcji, zaczęły zachęcać swoich sojuszników oraz wywierać naciski na Radę Bezpieczeństwa ONZ. Natomiast sam konflikt ma głębsze podłoże. W Stanach Zjednoczonych, od czasów rewolucji islamskiej, Iran stał się swego rodzaju symbolem zagrożenia, symbolem kraju sponsorującego terroryzm na Bliskim Wschodzie. Obecnie administracja prezydenta George’a W. Busha po dosyć - powiedzmy sobie szczerze - nieudanej kampanii w Iraku i coraz większych porażkach w Afganistanie potrzebuje sukcesu przynajmniej natury politycznej na Bliskim Wschodzie dla zachowania swego prestiżu w regionie.

Społeczność międzynarodowa obawia się, że Iran mógłby wykorzystać wzbogacony uran do produkcji broni nuklearnej. Jakie są realne szanse, że ten program pójdzie właśnie w kierunku stworzenia bomby atomowej?
- Rzeczywiście nie ma pewności co do planów Iranu. W tym momencie ze strony prezydenta Mahmuda Ahmedineżada dążenie do uzyskania własnej energii nuklearnej jest może nie tyle dążeniem do uzyskania broni atomowej, ile do udowodnienia, że również Iran dysponuje nowymi technologiami oraz że nie ugnie się pod naciskami Stanów Zjednoczonych. Osobiście nie posądzam prezydenta Ahmedineżada o dążenie do uzyskania broni nuklearnej. Pamiętajmy, że Iran w czasie II krwawej wojny iracko-irańskiej zniechęcił się do prowadzenia długich i wyniszczających wojen. Właściwie w każdej rodzinie irańskiej ktoś zginął w czasie tej wojny. Iran nie dąży do wywołania większego konfliktu. Natomiast rzeczywiście nie mamy pewności co do tego, czy przyszła administracja irańska nie wykorzysta wzbogaconego uranu do budowy broni nuklearnej. Tyle tylko, że pamiętajmy, iż ewentualne dążenie do uzyskania technologii atomowej jest dosyć powszechne na Bliskim Wschodzie. I w sytuacji, kiedy wiadomo, że broń atomową posiadają Indie, Pakistan czy Izrael, Iran zadaje sobie pytanie, dlaczego tylko on nie może jej mieć.

Jeśli udałoby się uzyskać tę broń, jakie miałoby to konsekwencje dla całego regionu?
- Sądzę, że podobnie jak w przypadku Pakistanu i Indii broń atomowa byłaby tylko gwarantem bezpieczeństwa ze strony Iranu. W ostatnich latach świat przekonał się, że najbezpieczniejszym sposobem uniknięcia ewentualnych ataków Amerykanów jest posiadanie własnej broni nuklearnej. Najlepszy przykład - Korea Północna, która depcze wszystkie możliwe porozumienia międzynarodowe, ale fakt, że posiada broń nuklearną, powoduje, iż Stany Zjednoczone prowadzą z nią bardzo delikatne rozmowy. W krajach Trzeciego Świata silne jest przekonanie, że technologia nuklearna pozwala rozmawiać z pozycji równego.

Ostatnio Stany Zjednoczone zadeklarowały wolę rozmów nie tylko z Iranem, lecz także z Syrią. Jaka jest realna szansa na współpracę tych państw w zaprowadzeniu pokoju w całym regionie?
- To jest bardzo skomplikowana sytuacja, ponieważ Syria i Iran rzeczywiście są krajami połączonymi wieloletnią współpracą zarówno polityczną, jak i w kwestiach wojskowych. Pamiętajmy, że oba te kraje wbrew pozorom są wielkimi przeciwnikami ugrupowań terrorystycznych, które ogólnie określa się mianem Al-Kaidy. Ani w Syrii, ani w Iranie ugrupowania łączone z Osamą bin Ladenem nigdy nie mogły funkcjonować, a przedstawiciele tychże ugrupowań terrorystycznych byli bezwzględnie likwidowani. Właśnie dlatego porozumienie z Iranem czy z Syrią niewątpliwie może przyczynić się do pewnej stabilizacji na Bliskim Wschodzie, natomiast zdecydowanie niewiele pomoże w kwestii Iraku, ponieważ ugrupowania terrorystyczne w Iraku są ugrupowaniami sunnickimi, powiązanymi z Al-Kaidą. Ani Syria, ani Iran nie mają na nie większego wpływu. Iran może oczywiście przyczynić się do pewnej kontroli nastrojów wśród irackich szyitów. Aczkolwiek pamiętajmy, że to właśnie iraccy szyici obok Kurdów są najspokojniejszą społecznością w Iraku. Aby z kolei można było zawrzeć porozumienie z Syrią, Stany Zjednoczone musiałyby wywrzeć naciski na Izrael, aby ten zwrócił Syrii Wzgórza Golan. Syria pozostaje jedynie w stanie rozejmu z Izraelem, praktycznie jest w stanie wojny, a Izrael okupuje sporą część Syrii. Syryjczycy już wcześniej proponowali rozmowy pokojowe, ale Izrael nie chce się zgodzić na ich warunek: zwrot Wzgórz Golan.

Dlaczego?
- Choćby z tej prostej przyczyny, że Izraelczycy eksploatują zasoby wodne znajdujące się na tych wzgórzach. Oczywiście po zwrocie ich Syrii skorzystaliby Syryjczycy. Nie widać żadnej woli porozumienia ani ze strony Izraela, ani ze strony Stanów Zjednoczonych, aby wywrzeć jakiekolwiek naciski na jednego z ich najbliższych sojuszników. Tymczasem Syryjczycy są otwarci. Ich obecny prezydent Baszar Asad kształcił się w Europie. Od czasu objęcia przez niego władzy właściwie co roku widać w Syrii ogromne zmiany - modernizacje, inwestycje zagraniczne, widać mnóstwo firm zachodnioeuropejskich. Do wszystkich problemów i napięć w regionie Bliskiego Wschodu, dochodzi bardzo arbitralna polityka Stanów Zjednoczonych i Izraela, które wszelkie kroki polityczne podejmują jednostronnie, niczym samo narzucający się żandarm, który ma prawo wybierać sposób postępowania, a pozostali po prostu muszą zaakceptować taki stan rzeczy.

Dziękuję za rozmowę.
"Nasz Dziennik" 2007-04-30

Autor: wa