Urzędnicy poza prawem
Treść
Na podstawie wniosków urzędników Jugendamtów (Urzędów do spraw Dzieci i Młodzieży), a następnie decyzji sądów rodzinnych każdego roku w Niemczech tysiące dzieci odbieranych jest rodzinom i umieszczanych w domach dziecka. W wielu przypadkach jest to z pewnością uzasadnione, ale zdaniem ekspertów prawa lawinowa liczba protestów przeciwko postępowaniu urzędów świadczy o tym, że bardzo duża część tych spraw jest prowadzona z naruszeniem prawa i z pogwałceniem wolności osobistej. Kolejne skargi zrozpaczonych rodziców trafiają do Komisji Petycji Komisji Europejskiej. Głównymi ofiarami procederu są wyrywane z domu dzieci, które wychowuje państwo, a nie rodzice.
"Nasz Dziennik" poruszał już sprawę skandalicznych nadużyć ze strony Jugendamtów w związku z wydaniem rodzicom z polsko-niemieckich rodzin zakazu porozumiewania się po polsku z własnymi dziećmi. Kolejne przypadki bezprawnych ingerencji Jugendamtów w życie rodzin w Niemczech coraz bardziej nagłaśniają nawet niezbyt wrażliwe na los rodziny niemieckie media. - Do tej pory zobaczyliśmy wierzchołek góry lodowej. Znane są przypadki, że rodzice akceptują tylko dlatego wiele decyzji urzędników - ich zdaniem niesprawiedliwych - że boją się, iż ich dziecko może zostać im odebrane i umieszczone w rodzinie zastępczej lub domu dziecka - podkreśla Stefan Hambura, adwokat poszkodowanych przez Jugendamt rodzin. Wskazuje też na skandaliczną samowolę tych urzędów, które nie podlegają de facto żadnej kontroli ze strony instytucji landowych i federalnych. - Bez takiej kontroli istnieje duże prawdopodobieństwo, że urzędnicy nie zawsze dochowują zasad państwa prawa - zaznacza Hambura.
Do 1952 roku Jugendamty podlegały niemieckiemu MSW, lecz potem stały się jednostkami zależnymi jedynie od lokalnych urzędników, którzy finansują ich działanie. Jednak jak pokazuje praktyka - mają niewielki wpływ na ich postępowanie.
Argumenty wyssane z palca?
Przykłady skandalicznej działalności Jugendamtów przedstawiła ostatnio niemiecka telewizja WDR (West Deutsche Rundfunk).
Wśród osób walczących o prawo do wychowywania własnych dzieci znalazła się klientka mecenasa Hambury, Petra Heller z Bambergu. Już 3 lata temu urzędnicy Jugendamtu odebrali jej 9-letniego syna Aeneasa, uznając, iż jego życie jest zagrożone, gdyż matka cierpi na syndrom Muenchhausena (takie osoby na siłę leczą swoje dzieci, aby trafiły one do szpitala lub dostały silne lekarstwa).
W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Petra Heller stwierdziła, że niemiecki Jugendamt, odbierając jej syna, oparł się jedynie na opinii wystawionej przez własnego biegłego, który nawet nie zbadał kobiety. - Nie potrafię powiedzieć, dlaczego tak postępują urzędnicy Jugendamtów, ale jedno wiem na pewno: jest to celowe postępowanie, którego jednak nie można udowodnić - stwierdziła zrozpaczona matka Aeneasa. - Niemieccy urzędnicy nie zamierzają słuchać moich racji i przez cały czas lekceważą opinie niezależnych biegłych psychiatrów - dodała kobieta.
Heller już od trzech lat bezskutecznie walczy o swoje prawa. Ani sąd rodzinny, ani Jugendamt nie zamierzają zmienić zdania i w dalszym ciągu twierdzą, że choroba psychiczna matki uniemożliwia oddanie jej syna. Nie pomagają nawet opnie lekarzy specjalistów, jak na przykład dr. Wolfganga Klemmana, który w jednym z programów prywatnej telewizji PRO 7 stwierdził, iż zarzuty w stosunku do matki Aeneasa są bezpodstawne, gdyż postąpiła ona słusznie, stosując w przypadku choroby syna terapię antybiotykową. Niemieccy urzędnicy lekceważą także opinie niezależnego biegłego lekarza specjalisty psychiatrii dr. Mario Gmuera, który przed kamerami stwierdził, iż kobieta jest zdrowa.
Obecnie matka opuściła Niemcy i musi się ukrywać, ponieważ obawia się, że zostanie siłą umieszczona w zakładzie psychiatrycznym, a następnie ubezwłasnowolniona, co pozbawi ją jakichkolwiek możliwości walki z urzędami o syna. Heller poszukuje pomocy w Brukseli. Reprezentujący jej interesy mecenas Hambura potwierdził w rozmowie z "Naszym Dziennikiem", że skarga Heller na niemieckich urzędników trafiła do Komisji Petycji Komisji Europejskiej.
Bo matka za słabo zna niemiecki
Christian z Hamburga został oskarżony przez Jugendamt (na podstawie informacji sąsiadów) o seksualne wykorzystywanie nieletniej córki Kirstin. Urzędnicy Jugendamtu zarządzili odebranie mu dziewczynki i umieszczenie jej w domu dziecka. Od początku Christian i jego żona stanowczo zaprzeczali, jakoby kiedykolwiek dopuścili się zarzucanych im czynów, obwiniając urzędników o zbyt sugestywne i tendencyjne przesłuchania córki, co doprowadziło do fałszywych wniosków.
Podjęli walkę z urzędem o swoje dobre imię i o powrót Kirstin do domu. Wszystkie przeprowadzone niezależne badania i oceny biegłych potwierdziły ponad wszelką wątpliwość, że Christian jest niewinny i nigdy nie dopuścił się zarzucanych mu przez Jugendamt czynów. Mimo to dziewczynka już od półtora roku pozostaje w domu dziecka i nie może wrócić do rodziców, gdyż urzędnicy częściowo pozbawili ich praw rodzicielskich, a ponadto wynajdują coraz to nowe powody, dla których Kirstin nie powinna ich zdaniem wrócić do domu. Jednym z nich jest zarzut, iż matka dziecka (z pochodzenia Tajka) zbyt słabo mówi po niemiecku i najpierw musi popracować nad językiem, aby łatwiej mogła porozumieć się z córką.
Władze niemieckie nie podjęły żadnych działań w odpowiedzi na kolejne przypadki bezpodstawnych, bezprawnych i sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem działań urzędników Jugendamtów.
Waldemar Maszewski, Hamburg
"Nasz Dziennik" 2007-04-04
Autor: wa