Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Urzędnicy chcą być lepsi od rodziców

Treść

Pod pretekstem ochrony dzieci krzywdzonych przez rodziców niemiecki rząd postanowił zwiększyć kompetencje urzędników w sprawowaniu kontroli nad rodziną. Już w tej chwili w Berlinie oraz Hamburgu działają anonimowe telefony, które służą do przekazywania informacji o potencjalnych nieprawidłowościach w rodzinach. Skutek: rosnąca liczba nieuzasadnionych donosów. Tylko w stolicy w ciągu dwóch tygodni funkcjonowania takiego numeru urzędnicy zabrali z rodzinnych domów 127 dzieci. Zwiększyć ma się również zatrudnienie w Jugendamtach. Powiększenie urzędniczej kadry przewidziano nawet o 50 procent. Policja otrzymała przy tym większe kompetencje decyzyjne. Tymczasem w Polskim Stowarzyszeniu Rodziców przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech jest obecnie zarejestrowanych ponad 40 pokrzywdzonych przez Jugendamty polskich rodziców. Cały czas zgłaszają się nowi.



W specjalnie zorganizowanym w urzędzie kanclerskim szczycie "Kinder Gipfel" udział wzięli m.in. premierzy poszczególnych landów, przedstawiciele państwowych i pozarządowych instytucji opieki nad dziećmi, specjaliści z policji i urzędów administracji lokalnej. Głównym tematem rozmów były próby znalezienia rozwiązań, umożliwiających zahamowanie fali rzekomych zaniedbań rodziców w stosunku do dzieci. Postanowiono znacznie zwiększyć uprawnienia kontrolne wielu państwowych instytucji. Ustalono specjalny wachlarz działań. Postanowiono, że rodzice będą zobowiązani do regularnych wizyt z dzieckiem u lekarza. Ponadto powstanie specjalne "Narodowe Centrum Wczesnej Pomocy", którego zadaniem będzie opracowanie metody tzw. wczesnego ostrzegania w sytuacjach, gdy w danej rodzinie podejrzewa się niebezpieczeństwo występowania zaniedbań w stosunku do dzieci. Państwowe instytucje opieki nad dziećmi (Jugendamty) otrzymały przy tym dodatkowe uprawnienia kontrolne.
Są jednak poważne wątpliwości co do zasadności i skuteczności takiej metody zapobiegania kryzysowi niemieckich rodzin, który notabene nie został dobrze zdiagnozowany. Przypomnijmy dwie istotne sprawy. Pierwsza to liczne zarzuty w stosunku do niemieckich Jugendamtów za (właśnie) nadmiernie rozbudowaną strukturę i nadużywanie władzy, zdaniem wielu psychologów często działającej na niekorzyść dziecka. Takie praktyki stosują Jugendamty szczególnie w stosunku do rodziców małżeństw cudzoziemców (w tym także Polaków). Druga kwestia to fakt, iż Niemcy do tej pory nie ratyfikowały w całości ONZ-owskiej Konwencji Praw Dziecka.
Bardzo poważne zastrzeżenia do pracy niemieckich urzędników z Jugendamtów wyraziła przewodnicząca Konferencji Międzynarodowych Pozarządowych Organizacji (INGO) przy Radzie Europy, Szwajcarka Anneliese Oeschger. Potwierdziła ona, że w bardzo wielu przypadkach działalność urzędników Jugendamtów budzi kontrowersje, a ich decyzje są często sprzeczne z konwencjami europejskimi dotyczącymi praw człowieka. Oeschger uznała, że cały system ochrony młodzieży stosowany przez niemieckie Jugendamty jest błędny. Podobne zdanie o pracy tych urzędów wyraził także profesor psychiatrii dziecięcej Joerg Fegert. Źle ocenia on działania Jugendamtów, w szczególności w kwestiach wzajemnej współpracy i odpowiedniej koordynacji, gdyż często nie potrafią zawczasu wykrywać patologii.
Również Polacy wysuwają wiele zastrzeżeń. W Polskim Stowarzyszeniu Rodziców przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech obecnie zarejestrowanych jest ponad 40 pokrzywdzonych przez Jugendamty polskich rodziców i cały czas zgłaszają się nowi.
Przy tego typu zarzutach doprowadzanie do jeszcze większych kompetencji tych urzędów wydaje się co najmniej wątpliwe.

Niemcy nie ratyfikowały w całości Konwencji Praw Dziecka
Piętnaście lat po przyjęciu przez ONZ Konwencji Praw Dziecka w Niemczech dokument ten nie doczekał się ratyfikacji w całości. Przyjęta część obejmuje jedynie dzieci posiadające niemieckie obywatelstwo, natomiast wyłączone spod jego jurysdykcji są dzieci cudzoziemców, mimo że mieszkają na terenie Niemiec. Oznacza to, że jedynie niemieckie dzieci podlegają ochronie zawartej w konwencji, natomiast nieposiadające niemieckiego obywatelstwa w zasadzie pozbawione są podstawowych praw zapisanych w tym dokumencie. Jak stwierdził w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" jeden z sygnatariuszy petycji skarżącej Jugendamty, złożonej w Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego, Mirosław Kraszewski, "w praktyce oznacza to, że tylko dzieci niemieckie traktowane są jak dzieci w rozumieniu Konwencji Praw Dziecka".
Brak ratyfikacji całości Konwencji Praw Dziecka ostro skrytykowała także wiceprzewodnicząca Niemieckiego Czerwonego Krzyża (DRK) Donata Freifrau Schenck zu Schweinsberg, która uznała to za jawną dyskryminację dzieci cudzoziemców, w tym licznych uchodźców przebywających na terenie Niemiec.
Efektem nieratyfikowania konwencji są sytuacje, w których dochodzi do jawnego dyskryminowania dzieci nie niemieckich. Tak jest na przykład w Badenii-Wirtembergii lub Hesji, gdzie - jak twierdzi przewodniczący zarządu UNICEF Reinhard Schlagintweit - dzieci Sinti i Romów nie podlegają obowiązkowi szkolnemu. Gdyby konwencja obowiązywała wszystkie dzieci, to taka sytuacja byłaby niemożliwa.
Zamiar poprawienia losu dzieci w Niemczech wydaje się ze wszech miar słuszny, ale nasuwają się wątpliwości, czy obrana przez niemiecki rząd droga jest prawidłowa, czy zgoda na jeszcze większe kontrole instytucji państwowych - już i tak często wszechwładnych, a tym samym większa ingerencja w rodzinę - jest dobrą koncepcją.
Waldemar Maszewski, Hamburg
"Nasz Dziennik" 2007-12-22

Autor: wa