Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Umiemy zwyciężać samych siebie

Treść

Rozmowa z Tomaszem Kucharskim i Robertem Syczem - mistrzami olimpijskimi w wioślarskiej dwójce podwójnej wagi lekkiej

Ile kosztuje złoty medal olimpijski? Oczywiście nie chodzi mi o jego wymiar materialny...
Tomasz Kucharski: Bardzo dużo wyrzeczeń, przygotowań, treningów, niekiedy wydających się ponad możliwości, walki z kontuzjami, przeciwieństwami. Tylko gdy człowiek potrafi się przełamać, pokonać trudności, może myśleć o olimpijskich sukcesach.
Robert Sycz: Dwadzieścia lat treningów. Od piętnastu jestem gościem w domu, zawody, zgrupowania zajmują mi większą część roku. To jest cena, którą musimy płacić, chcąc marzyć o zwycięstwach.
Kucharski: W latach olimpijskich przebywamy poza domem około 250 dni. Całe szczęście, że trener i związek nie robili problemów, żeby najbliżsi mogli przyjechać i odwiedzić nas na zgrupowaniach. Niektórzy uważają, że bliscy mogą rozpraszać, ja nie wyobrażam sobie tak długiej rozłąki.

Wasza kariera przypomina nieco bajkę - wspólne starty rozpoczęliście przypadkowo, po kilku tygodniach treningów zostaliście mistrzami świata, potem dwukrotnie stanęliście na najwyższym stopniu podium igrzysk...
Sycz: Tak, tak, z pozoru może się tak wydawać. Ale pomiędzy sukcesami i zwycięstwami przeżywaliśmy momenty, które niejednego mogły złamać. Po dwóch tytułach mistrzów świata przyszedł sezon, w którym nie zdobyliśmy nic. Pojechaliśmy na mistrzostwa świata do Kanady - które równocześnie były kwalifikacjami do igrzysk olimpijskich w Sydney - gdzie z różnych przyczyn nie stanęliśmy w ogóle na starcie. Zostaliśmy z nich wyeliminowani, ba, nawet nie sklasyfikowano nas na ostatnim miejscu. Była to dla nas totalna porażka, musieliśmy podjąć decyzję: trenować czy nie. Ja byłem blisko rezygnacji. W kraju niektóre media nie zostawiły na nas suchej nitki. Na szczęście znalazło się kilka osób, które nadal w nas wierzyły i dzięki nim zostaliśmy przy sporcie. Mnie najbardziej pomogła rodzina. Najbliżsi uświadomili mi, że jeśli poświęciłem te kilkanaście lat na trenowanie, to jeszcze jeden rok więcej na pewno nie zaszkodzi. I na trzy miesiące przed igrzyskami pojechaliśmy na kwalifikacje do Lucerny. Udało się, choć wywalczyliśmy ją w niezwykle trudnych warunkach. Podczas naszego występu padał grad, pierwszy raz w życiu zmarzłem podczas startu.
Kucharski: Wiele razy przekonaliśmy się, jak trudną sztuką jest wytrzymać presję, unieść bagaż oczekiwań. Od nas zawsze wymagało się medali, najwyższego poziomu. To nie jest łatwe.

Z jaką największą trudnością, przeszkodą musieliście sobie poradzić?
Sycz: Niedawno powiedziałbym, że ze wspomnianym brakiem kwalifikacji, dziś zaczyna nam coraz bardziej doskwierać wiek i wyeksploatowanie organizmu. Za tym idą problemy zdrowotne, kontuzje, przez które opuszczamy bądź ograniczamy treningi, mamy problemy ze złapaniem odpowiedniej formy. Oczywiście są zgrupowania lecznicze, jeździmy do sanatoriów, gdzie przechodzimy rekonwalescencję po sezonie, ale obciążenia i przeciążenia są tak duże, że kontuzje cały czas się pojawiają...
Kucharski: ...i niekiedy zbyt szybko chcemy wrócić do treningów, co przynosi skutek odwrotny do planowanego. Tak jest ze mną w tym roku, gdy po zapaleniu płuc chciałem błyskawicznie nadrobić stracony czas. Organizm odmówił posłuszeństwa. Gdy wyzdrowiałem, nabawiłem się kontuzji. Podobnie było przed rokiem, gdy tuż przed igrzyskami w Atenach naderwałem mięsień i nie było do końca wiadomo, czy na nich w ogóle wystąpimy. Mam jednak to szczęście, że znam w Zakopanem dwóch ludzi - przyjaciela jeszcze z czasów studenckich Roberta Olejniczaka, który zajmuje się kriokomorą w Centralnym Ośrodku Sportu, oraz doktora Adriana Rymarczyka - i jak tylko mam jakieś problemy ze zdrowiem, mogę na nich liczyć.
Mówiąc jednak krótko, musimy być bardzo cierpliwi - treningi rozpocząć we właściwym momencie, nie przyspieszać. To bardzo trudne, bo kontuzjowany sportowiec przeżywa ogromny stres, nie wie, na czym stoi, chciałby jak najwcześniej wrócić do pracy, bo czas upływa. To jest dopiero presja.
Zdrowie to podstawa sukcesu, obok niego jest i szczęście, bez którego o sukcesy trudniej. Pamiętam, jak na olimpiadzie w Sydney o mało się nie spóźniliśmy na ważenie, a gdyby tak się stało, zostalibyśmy zdyskwalifikowani. Kierowca, który wiózł nas na miejsce, nie znał drogi, dużo kluczył, chciał zawracać...
Sycz: Niewiele też zabrakło, aby w Sydney w półfinale wjechała w nas sędziowska motorówka. Minęła nas w odległości 10-15 centymetrów, gdyby przepłynęła ciut bliżej, byłoby po nas.
Kucharski: I to jest kolejny dowód, że szczęście też trzeba mieć. Same umiejętności, przygotowanie mogą nie wystarczyć. Często czuliśmy, że czuwa nad nami Opatrzność, dzięki temu było łatwiej. Kilka razy na mistrzostwach świata pomógł nam wiatr, który powiał akurat korzystniej, mieliśmy bardziej sprzyjający tor...

Kolejnym wyzwaniem jest dieta. W Waszej konkurencji - jak mało której - limit wagi jest przestrzegany wyjątkowo rygorystycznie [jeśli zawodnicy ważą razem więcej niż 140 kg lub jeden więcej niż 72,5 kg, to osada nie zostaje dopuszczona do startu - przyp. red.].
Sycz: Przed laty mieliśmy bardzo wiele przejść związanych z wagą, była na nią wręcz paniczna nagonka, kazano nam trzymać limit przez cały rok, co jest praktycznie niemożliwe. Zwłaszcza jesienią, gdy ogranicza się treningi, tym bardziej że nie mamy lekkiej naturalnej wagi. Całe szczęście, że to się z czasem zmieniło. Niektórzy uświadomili sobie, że jesteśmy starsi, a w związku z tym jest nam trudniej utrzymać wagę. Mamy ją mieć na najważniejsze imprezy, dobrze, jeśli wcześniej będzie zbliżona. Wiadomo, im mniej się zrzuca, tym lepiej. Przez lata nabraliśmy wiele doświadczeń w tym względzie, ale wiemy dobrze, że mamy przekroczoną trzydziestkę.

W jaki sposób udawało Wam się przetrzymać trudne chwile, znieść wyrzeczenia? Wielu by sport rzuciło, nie wytrzymało...
Kucharski: Jak zbliża się koniec sezonu, to zdarza się, że mam wszystkiego dość. Wystarczy jednak, że po kilku dniach przerwy zobaczę gładką taflę wody, i już sobie myślę: "Ech, chwilę by się popływało na takiej jedyneczce". Po tylu latach jesteśmy z tą dyscypliną tak zżyci, że nawet sobie nie wyobrażamy życia bez sportu. A trudności nas umacniają. To nie jest tak, że je przeklinamy, złorzeczymy im. Jest trudno, to prawda, ale ile człowiek ma satysfakcji, gdy się przełamie, gdy pokona kolejną przeszkodę. Nauczyliśmy się nie poddawać, walczyć o swoje mimo przeciwieństw. To pomaga w codziennym życiu.
Sycz: Ja uwielbiam rywalizację. Nawet podczas treningu, gdy obok nas płynie jakaś osada, za wszelką cenę chcę wygrać, być przed nimi...
Kucharski: Chyba, że to jest ósemka (śmiech)...
Sycz: No tak, z męską nie mamy szans, ale z kobiecą często się ścigamy. Rywalizację mam we krwi, gdy jej nie ma na wodzie, dostrzegam u siebie tendencje do ścigania się na ulicy (śmiech). Na szczęście spełniam się w sporcie.
Kucharski: Czasami dziennikarze pytają nas, co jeszcze chcemy osiągnąć. Mamy przecież złote medale mistrzostw świata, igrzysk olimpijskich. To prawda, ale nigdy nie udało się nam wygrać Pucharu Świata. Jest jeszcze parę rzeczy, których nie osiągnęliśmy, zatem czy możemy mówić o braku motywacji? Nie. Moim największym marzeniem był i jest medal w Pekinie. Mógłbym po nim spokojnie przejść na emeryturę.
Sycz: To prawda, z motywacją nie mamy większych problemów. Gdy kończą się igrzyska olimpijskie czy mistrzostwa świata, mamy dwa miesiące przerwy i wszystko zaczyna się od nowa. Przygotowujemy się do nowego sezonu, innych zawodów. I ja już nie myślę o tym, że przykładowo niedawno zdobyłem złoty medal. To już jest historia, wspaniała, ale jednak przeszłość. Przede mną kolejne wyzwania, coś do zrobienia.

Wasz trener, Jerzy Broniec, powiedział kiedyś, że posiedliście rzadką sztukę - umiejętność zwyciężania samych siebie. Na czym ona polega?
Kucharski: Przydaje się nam ona na treningach, gdy jest ciężko, gdy wydaje się nam, że nie damy rady, a jednak jest dobrze. To takie nasze małe, prywatne, widziane przez kilka osób zwycięstwa. Ale było też, oglądane przez miliony osób, ostatnie sto metrów na igrzyskach w Atenach w moim wykonaniu. Ja nie wiem, w jaki sposób udało mi się dopłynąć do mety, w jaki sposób przekroczyłem bariery, których nigdy nie zdołałem pokonać. Gdzieś podświadomie walczyłem resztą ambicji, mówiłem sobie: "Jeszcze tylko ten kawałek, jeszcze ten"... Nie, nawet nie potrafię tego nazwać.
Sycz: Każdy zawodnik jest wytrenowany i stać go na osiągnięcie jakiegoś czasu. Wielu młodszych kolegów na brzegu, na pomocnym nam ergometrze wioślarskim, osiąga lepsze od nas wyniki. Teoretycznie są więc lepszymi od nas zawodnikami. Kiedy jednak schodzimy na wodę, nie mają z nami szans. Potrafimy bowiem wiosłować nie na 100, ale na 110, 120 procent siebie. Oprócz tego są koledzy, którzy świetnie wypadają na treningach. Gdy przychodzą zawody czy zwykłe sprawdziany, jest już dużo gorzej. Wszystko mieści się w głowie. Kto wytrzymuje presję, umie maksymalnie wykorzystać swą psychikę, umie przekroczyć barierę wyczerpania, zmęczenia - wygrywa.
W finałach mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich walczymy z pięcioma osadami. Jest nas dwunastu mężczyzn i jestem pewien, że gdyby porównać nasze najlepsze wyniki na dwa tysiące metrów w "jedynkach", to różnica między najlepszym a najsłabszym nie wyniosłaby więcej niż pięć sekund. Ale gdy przychodzi walczyć o medale, jest zupełnie inaczej.
Kucharski: Takie pokonywanie barier daje ogromną satysfakcję, radość wewnętrzną. Wydawało się, że rzecz jest niemożliwa, a jednak się udało. Czyli - można, jestem w stanie. I jak przyjdzie kolejna trudna sytuacja, to człowiek się nie poddaje, tylko walczy. Wiele znaczy także pozytywne myślenie, wiara w to, że wszystko, co robimy, ma sens, że trening jest tak ułożony, żebyśmy uzyskiwali jak najlepsze wyniki, notowali postępy.

Mówi się, że sport jest doskonałą szkołą życia. Chyba się z tym zgadzacie w pełni?
Kucharski: Jak najbardziej. Dzięki wszystkim trudnościom, przeszkodom, człowiek uczy się walczyć, nie poddawać, hartuje swój charakter. Istotne są zarówno zwycięstwa duże, spektakularne, jak i te małe, na pozór nie mające znaczenia. Tylko na pozór. Nie każdy jest silny, przynajmniej od razu. Na początku musi więc umieć poradzić sobie z niewielkimi rzeczami. Czasami człowiek przychodzi na trening, widzi plan zajęć i mówi: "Ale dziś jest roboty". Wydaje mu się, że to nie do przeskoczenia. Ale zabiera się do pracy, pokonuje przeszkodę i jest zadowolony, szczęśliwy, bo pokonał własną słabość. Potem dokonuje rzeczy większych, pokonuje bariery coraz trudniejsze. Nabiera pewności siebie, ale i szacunku dla przeciwnika. Sport bezlitośnie punktuje ludzi niepokornych, pysznych, zadufanych.
Sycz: Nigdy nie można lekceważyć rywala, z każdym trzeba się liczyć. My, choć mamy na koncie wiele sukcesów, do startów podchodzimy z ogromnym respektem i pokorą. Nawet przez głowę nie przejdzie nam myśl: "O, teraz będzie łatwo, konkurenci są słabiutcy". To pierwszy krok do porażki. Ja wiem doskonale, że nie zawsze byłem mistrzem, że nie zawsze wygrywałem. Kiedyś też przyjeżdżałem na metę na końcu, byłem "chłopcem do bicia".

Który ze swych sukcesów, medali, uważacie za najcenniejszy? Który ma dla Was największą wartość?
Kucharski: Pierwsze złoto mistrzostw świata. Pojechaliśmy na nie jako mało znana osada, ale wiedziałem, że jesteśmy bardzo dobrze przygotowani, że stać nas na dużo. Była to jednak wiedza teoretyczna, wszystko miała zweryfikować praktyka. Nie wiedziałem bowiem, jak spiszemy się na torze, ścigając się z przeciwnikami. Było znakomicie, wspaniale. Drugi ważny medal to ten z Aten. Wywalczony w ogromnym stresie, tuż po kontuzji, po niesamowitej walce.
Sycz: I dla mnie najcenniejszy jest sukces z mistrzostw świata w 1997 roku, a obok niego na równi stawiam złoto z olimpiady w Sydney. Zdobyliśmy je bowiem z wielką łatwością, w pięknym stylu. Byliśmy nie do pokonania, nikt nawet nie był w stanie się do nas zbliżyć, każdy bieg wygrywaliśmy po pięć sekund, co było nokautem. Potem w samym finale pokonaliśmy Włochów niespełna dwoma sekundami, ale na tym etapie to i tak było bardzo dużo.

Razem stanowicie zespół, team niezwykle zgrany i rozumiejący się bez słów. Gdzie tkwi jego siła?
Sycz: Mówimy dużo o nas, a przecież jest jeszcze trener, a bez niego żadne sukcesy nie byłyby w ogóle możliwe. Ile znaczy - pokazał choćby obecny sezon. Z pracy zrezygnował pan Broniec, okazało się, że jego "oka" brakuje, że nie pływamy tak, jak powinniśmy.
Kucharski: My czujemy, że łódka płynie nie tak, jak powinna, ale siedząc wewnątrz, trudno nam zauważyć pewne szczegóły, czasami drobiazgi, które decydują o takim stanie rzeczy. Potrzeba nam właśnie takiego sygnału z zewnątrz, podpowiedzi, co zrobić, co zmienić, jak się ustawić. Nawet sfilmowanie nic nie daje...
Sycz: Na brzegu musi być ktoś, kto ma talent do wyławiania błędów. W przypadku naszego teamu był i jest nim pan Broniec. A jeśli chodzi o nasze charaktery... uzupełniamy się.
Kucharski: Robert, jak już wspomniał, jest zawodnikiem, który się ściga. Uwielbia to, dlatego jest szlakowym, prowadzi osadę, decyduje o tempie. Ja siedzę z tyłu i dopasowuję się do niego, starając się jak najlepiej wyczuć to, co robi. Gdy jesteśmy dobrze przygotowani, wszystko jest ułożone jak należy, potrafimy wiosłować automatycznie, przykładać siłę w tym samym momencie i dzięki temu płyniemy nieco mniejszym kosztem.

Mimo problemów, z których te zdrowotne ostatnimi czasy coraz mocniej się odzywają, wciąż myślicie o Pekinie. To marzenie i cel, do którego przez najbliższe trzy lata będziecie zmierzać. Co zrobić, by z olimpiady roku 2008 powrócić z kolejnym medalem?
Kucharski: To prawda, chcemy tam nie tylko wystartować, ale i osiągnąć jak najlepszy wynik. Mamy jednak świadomość, że będzie ciężko, tym bardziej że nie wiemy, kto nas poprowadzi do igrzysk. Na pewno trener będzie musiał ułożyć bardzo dobry i przy tym rozsądny plan, aby mądrze eksploatować nasze organizmy. Gdy zdrowie dopisze, powinno być dobrze. To klucz do sukcesu.
Przyznam szczerze, że jako sportowiec czuję się już spełniony, ale mam jakieś wewnętrzne wyzwanie, by się jeszcze raz sprawdzić, jeszcze raz stanąć na olimpijskim podium. Dlatego tak zależy nam na Pekinie.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz

"Nasz Dziennik" 2005-07-19

Autor: ab