Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Udowadniamy swoją wartość

Treść

Rozmowa z Radosławem Matusiakiem, napastnikiem GKS Bełchatów

Najpierw o ligowej sensacji, bo pokonać Wisłę Kraków na jej terenie to nie lada sztuka. Od pięciu lat nikomu się to nie udało!
- Zdajemy sobie sprawę z tego, że zrobiliśmy coś wielkiego, w pewien sposób nawet zapisaliśmy się na kartach historii. Sukces cieszy, bo nie tylko wygraliśmy z Wisłą w Krakowie, ale i zostaliśmy nowym liderem tabeli. Przyznam szczerze, że świetnie grało się nam na Reymonta. Taktyka Wisły była dla nas wodą na młyn, rywale zostawili wiele miejsca na prostopadłe podania i zagrania ze skrzydeł, i skrzętnie to wykorzystaliśmy. Mecz musiał się podobać, padło wiele bramek, jeszcze więcej było sytuacji.

Przed spotkaniem mówił Pan, że jedziecie do Krakowa po komplet punktów. I choć niewielu w to wierzyło, tak się stało.
- Wiedzieliśmy doskonale o tym, że Wisła nie przegrała na własnym stadionie od pięciu lat. Pewnie dlatego wszyscy z przymrużeniem oka traktowali nasze deklaracje. Ale czuliśmy, że skoro potrafiliśmy wygrać na Łazienkowskiej z Legią i z bardzo mocną Koroną u siebie, nie stoimy na straconej pozycji w Krakowie.

Bełchatów zastosował odważną taktykę, co było zaskoczeniem. Większość drużyn grających pod Wawelem najpierw bowiem buduje zasieki pod własną bramką, a dopiero później decyduje się na bardziej zdecydowane akcje.
- A niby dlaczego mieliśmy się bronić? Uważam, że to wielki błąd zespołów przyjeżdżających do Krakowa. Przegrać z Wisłą na jej terenie to bowiem nie jest ujma, a wygrać - sprawa wielka i godna uznania. Dlatego warto ryzykować, bo można tylko zyskać. Zagraliśmy odważnie i ofensywnie, gdyż chcieliśmy wygrać. A jak się czegoś bardzo chce, to czasami się udaje. Szybko strzeliliśmy dwie bramki, co ustawiło mecz. Potem czerwoną kartkę ujrzał Mariusz Ujek, co zmusiło nas do przejścia do defensywy, ale wciąż wyprowadzaliśmy groźne kontry. W końcówce Wisła miała przewagę - to fakt, przy stanie 4:2 nawet drżałem o wynik.

Klucz do sukcesu to zatem odwaga i wiara?
- Bez nich nie byłoby szans na osiągnięcie dobrego wyniku. Natomiast kluczem do sukcesu była dobra gra całego zespołu i dzięki temu obraz meczu był taki, a nie inny. Mówiąc krótko: Bełchatów był drużyną lepszą.

Gdzie tkwi tajemnica fenomenu Bełchatowa? Jesteście przecież drużyną, w której jeszcze niedawno nie było gwiazd, wykreował je dopiero obecny sezon. Przed rozgrywkami nikt na Was nie stawiał, a tymczasem przewodzicie tabeli i możecie zostać mistrzem jesieni.
- Każdy, kto ogląda nasze mecze, widzi, jak biegamy, jak jesteśmy przygotowani fizycznie. To w dużej mierze tajemnica sukcesu i zasługa trenera Oresta Lenczyka, który wspaniale przygotował nas do sezonu. Do tego dołożyły się indywidualne umiejętności poszczególnych zawodników i serce, bo bez niego najlepsza nawet drużyna nic nie jest w stanie osiągnąć.

Czy Bełchatów stać na mistrzostwo Polski? Wszak jak stawiać przed sobą cele, to wysokie!
- Jeśli możemy być mistrzami jesieni, to możemy i cały sezon zakończyć na pierwszym miejscu. Wiem, że wielu ludzi, słysząc hasło: "GKS mistrzem Polski", puka się w czoło i nie wierzy, że taki klub stać na walkę o najwyższe cele. My jednak z każdym meczem udowadniamy, że jest to realne.

Od dawna wspomina Pan o możliwości zmiany klubu, i to już zimą. Nie żal będzie opuszczać Bełchatów?
- Oczywiście, że żal. Bełchatów dał mi szansę pokazania się i wypromowania mojej osoby, przeżyłem tu wiele wspaniałych chwil. Ale takie jest życie piłkarza. Nie wiem jednak, czy już teraz zmienię klub, czy może za pół roku.

Jeśli nie Bełchatów, to co? Legia, Wisła czy raczej klub zagraniczny?
- Na razie można spekulować. Mam ofertę z Legii, która jest bardzo konkretna. Nie ukrywam tego. Warszawscy działacze są zdeterminowani, bardzo chcą podpisać umowę. Wisła się mną interesowała już dawno, złożyła propozycję tuż przed zamknięciem letniego okienka transferowego. Wówczas jednak obiecałem trenerowi Lenczykowi, że nigdzie nie odejdę, i słowa musiałem dotrzymać. Teraz temat "Wisła" nadal jest aktualny, ale Legia jest zdecydowanie bardziej konkretna. O wszystkim jednak zadecyduję dopiero po meczu z Pogonią Szczecin. Czeka mnie rozmowa z prezesem Bełchatowa, wiem, że bardzo chciałby, abym pozostał jeszcze przez pół roku.

Ponoć ma Pan lukratywną ofertę od jednego z klubów ze Wschodu?
- To prawda, interesuje się mną bardzo mocny klub i krok w tamtym kierunku byłby krokiem do przodu. Ale przyznam szczerze, nie jest to szczyt moich marzeń, wolałbym wyjechać na Zachód. Poważnie bym się zastanowił, gdybym dostał np. ciekawą propozycję z czołowej drużyny II ligi hiszpańskiej. Ale na pewno nie opuszczę Bełchatowa za wszelką cenę, bo to byłoby bez sensu. Z drugiej jednak strony dobra oferta może mnie skusić. Niedługo skończę 25 lat, nie jestem już młodzieniaszkiem. Przejście do mocnego klubu dałoby mi możliwość dalszego rozwoju.

Już jutro przyjdzie Panu walczyć z obrońcami belgijskimi w meczu eliminacji mistrzostw Europy. W takiej formie chyba nie musi się Pan obawiać o miejsce w podstawowym składzie?
- Wręcz przeciwnie, o wszystkim zadecyduje dopiero zgrupowanie, na którym każdy z nas będzie chciał pokazać się z jak najlepszej strony. Jest kilku kandydatów do miejsca w ataku, ostateczną decyzję podejmie trener Leo Beenhakker.

Utrzyma Pan skuteczność... przynajmniej do jutra?
- Chciałbym bardzo, ale nic nie mogę obiecać. Mecz meczowi nierówny, poza tym nie mam gwarancji, że w ogóle wybiegnę na boisko.

Polska zagra w Brukseli tak samo odważnie, jak Bełchatów w Krakowie?
- Pewnie! Po meczu z Portugalią kibice oczekują tylko i wyłącznie takiej postawy. Wierzą, że skoro potrafiliśmy w tak świetnym stylu zagrać i pokonać czwartą drużynę świata, to możemy wygrać i z Belgią. Oczywiście nie będzie to proste, natomiast mogę obiecać, że każdy z nas postara się udowodnić, iż sukces z Portugalią nie był przypadkowy. Ciężko mi mówić, na jaki taktyczny wariant zdecyduje się trener Beenhakker, ale na pewno zagramy to, czego zawsze od nas wymaga - czyli wysoko presingiem, długo utrzymując się przy piłce. Zapewne stworzymy sobie jakieś sytuacje, a jeśli je wykorzystamy, będzie dobrze. Chcemy osiągnąć dobry wynik!

Dobry, czyli zdobyć trzy punkty czy jeden?
- Dobry wynik to trzy punkty, ale nie pogardzimy i jednym. Celujemy jednak w komplet.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz

"Nasz Dziennik" 2006-11-14

Autor: wa