Uciekają od odpowiedzialności
Treść
Kolejni rosyjscy politycy powielają kłamstwa sowieckiej propagandy, że po II wojnie światowej ZSRS nie okupował państw Europy Środkowowschodniej. Doradca rosyjskiego prezydenta ds. rozwoju kontaktów z Unią Europejską Siergiej Jastrzembski powiedział wczoraj, że Związek Sowiecki "nie okupował krajów bałtyckich po II wojnie światowej, a jego oddziały weszły na ich teren w porozumieniu z legalną miejscową władzą".
Jastrzembski odniósł się wczoraj do poniedziałkowej wypowiedzi w Tallinie wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej Guentera Verheugena, sugerującej, że aby mieć dobre stosunki z UE, Rosja powinna przyznać się do tego, że ZSRS okupował państwa bałtyckie. - Nie było okupacji. Wejście oddziałów radzieckich nastąpiło na podstawie umów z wybranymi legalnie władzami państw bałtyckich - stwierdził wczoraj Jastrzembski. Powielając kłamstwa bolszewickiej propagandy, które nazwał "faktami historycznymi", Jastrzembski przewrotnie stwierdził, że kwestionowanie ich oznaczałoby "podanie w wątpliwość legalności ogłoszenia niepodległości przez Litwę, Łotwę i Estonię, które w 1990 r. wyszły ze składu ZSRS".
Podobną opinię, negującą okupację, wyraziło tego samego dnia rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które uważa, że dla prawnej oceny sytuacji w krajach bałtyckich pod koniec lat 30. ubiegłego wieku termin "okupacja" nie może być stosowany. "Wejście rosyjskich wojsk do tych krajów nastąpiło na podstawie umów i zgody działających w nich władz. Wejście Armii Czerwonej i przyłączenie krajów bałtyckich do Związku Radzieckiego nie było sprzeczne z normami istniejącego międzynarodowego prawa" - poinformowało rosyjskie MSZ.
Mimo tych oświadczeń argumentacja Kremla poza granicami Rosji jest powszechnie kwestionowana. Szczególnie wymowne są w tym kontekście ostatnie oświadczenia prezydenta USA George'a W. Busha. Zapowiedział on w litewskiej telewizji, że w czasie swych rozmów w Moskwie w przyszłym tygodniu "przypomni" prezydentowi Rosji Władimirowi Putinowi o rosyjskiej okupacji państw bałtyckich.
W liście do prezydent Łotwy Vairy Vike-Freibergi, opublikowanym w środę przez łotewską kancelarię prezydencką, Bush napisał, że koniec II wojny światowej oznaczał początek sowieckiej okupacji środkowej i wschodniej Europy oraz aneksję Litwy, Łotwy i Estonii. Rosyjskie media odebrały oświadczenia Busha jako zimny prysznic. "George W. Bush poparł kraje bałtyckie w ich dążeniu do napisania od nowa historii i uzasadnienia swojej obecności w składzie ZSRR 'aneksją' i 'okupacją'" - pisały wczoraj "Wiedomosti". Gazeta przypomniała, powołując się na zbliżonego do Kremla politologa Wiaczesława Nikonowa, że "USA nigdy nie uznały de jure przyłączenia Litwy, Łotwy i Estonii do ZSRR".
Z kolei rządowa "Rossijskaja Gazieta" podkreśla, że "czegoś takiego jak list Busha w Moskwie mało kto się spodziewał, a na pewno nie przed 9 maja". "Dla Rosji, spadkobierczyni ZSRR, uznanie przez społeczność międzynarodową faktu okupacji przez Związek Radziecki krajów bałtyckich po II wojnie światowej może stać się przyczyną wielomiliardowych roszczeń ze strony Estonii, Łotwy i Litwy" - pisze dziennik. Także ta gazeta powołuje się na Wiaczesława Nikonowa, który stwierdził, że "Rosja nie zapłaci krajom bałtyckim żadnych kontrybucji". - Kontrybucje płacą tylko państwa pokonane. Rosja, jak dotąd, niczego z nikim nie przegrała. Tym bardziej wojny. Aby nas zmusić do zapłacenia kontrybucji, trzeba nas najpierw podbić - powiedział Nikonow, którego słowa wydają się w pełni oddawać istotę problemu.
Rosyjskie media ubolewają, że "o ile wcześniej rosyjskie MSZ systematycznie reagowało na oświadczenia krajów bałtyckich dotyczące okupacji i roszczeń wobec Rosji, o tyle wczoraj oficjalnie nie potępiło Busha".
KWM, PAP
"Nasz Dziennik" 2005-05-06
Autor: ab