Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Trzeba naciskać na obie strony

Treść

Z Alainem Lamassoure'em, sekretarzem Unii na rzecz Ruchu Ludowego (UMP) ds. europejskich, deputowanym do Parlamentu Europejskiego, doradcą
prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego, rozmawia Franciszek L. Ćwik


Jaka jest Pańska ocena obecnego konfliktu palestyńsko-izraelskiego?
- To dla mnie kolejny dowód na to, że wspólnota międzynarodowa, w tym głównie Stany Zjednoczone i Europa, nie potrafią od lat dokonać skutecznego nacisku na zawarcie trwałego pokoju w tym regionie. Tym razem - z racji przekazywania władzy - USA nie są zdolne do skutecznej interwencji, bez której wydaje się, że nie można zaprowadzić pokoju.

Dlaczego dotychczas podejmowane próby na szczeblu międzynarodowym nie dały oczekiwanych rezultatów?
- Nie jest tajemnicą, że Stany Zjednoczone są sojusznikiem Izreala. Wyposażają go w broń, mają z nim ścisłe związki ekonomiczne, to głównie dlatego ich nacisk nie był skuteczny.
Stany Zjednoczone są krajem emigracji, stąd bardzo często ich politykę zagraniczną w stosunku do pewnych krajów czy regionów determinuje siła lokalnego, emigracyjnego lobby, tak jest w stosunku do Kuby, Meksyku i oczywiście Izraela. Problem w tym, że społeczność muzułmańska w USA nie ma tej samej siły i wpływów, co lobby żydowskie. Trzeba też stwierdzić, że Waszyngton od dawna nie traktował jako priorytetu w swojej polityce zagranicznej basenu Morza Śródziemnego, który jest daleko od USA i co do którego nie ma on dobrego rozeznania. Dlatego popełnia w tej polityce błędy.

Na czym one polegają?
- Do dzisiaj Stany Zjednoczone nie rozumiały, w jakimś sensie go bagatelizowały, konfliktu bliskowschodniego, co przysparza im jedynie przeciwników, głównie w całym świecie muzułmańskim, ale i w innych krajach, których ludność widzi ciągłe masakry, zamachy, rozlew krwi. Jest też w USA pewien rodzaj rezygnacji po wcześniejszych, nieudanych próbach pokojowego rozwiązania konfliku palestyńsko-izraelskiego.

Oprócz czynników zewnętrznych są też wewnętrzne trudności stojące na przeszkodzie porozumieniu.
- Podstawową przeszkodą w obustronnym porozumieniu jest izraelski proporcjonalny system wyborczy, zmuszający kolejnych przywódców do poszukiwania niezbędnego wsparcia skrajnych ugrupowań. Tak było z polityką Ehuda Baraka i Ariela Szarona.

Z tego wynika, że szanse na trwały pokój na Bliskim Wschodzie są znikome.
- Wspólnota międzynarodowa musi zdecydowanie naciskać na obie strony. Nie ma innego wyboru. Sądzę, że mimo trudności znalezienie pokojowego rozwiązania jest nie tylko możliwe, ale konieczne. W końcu Izrael z Palestyńczykami to zaledwie około 10 mln ludzi. Tego konfliktu nie można rozwiązać przy użyciu broni.

Oprócz USA również Europa ma pewne możliwości wpływu na sytuację na Bliskim Wschodzie.
- Jestem przekonany, że wspólny wysiłek może być skuteczny. Stany Zjednoczone powinny naciskać na Izrael, a Europa na Palestyńczyków, którym rocznie udziela 800 mln euro pomocy, bez której nie mogliby przeżyć.

Czy uda się znaleźć porozumienie, skoro stroną konfliktu jest Hamas, traktowany przez Unię jako organizacja terrorystyczna?
- Europa musi w końcu sobie odpowiedzieć na pytanie, czego rzeczywiście chce. Najpierw naciskano na przeprowadzenie demokratycznych wyborów w Gazie, zgadzając się, by wziął w nich udział Hamas, a kiedy on te wybory wygrał, to odmawia się z nim kontaktu, nazywając go "terrorystami". Jedno drugiemu przeczy. Uważam, że w odpowiedniej chwili Hamas będzie musiał być partnerem do rozmów. Wiem, że jeszcze przed obecnym konfliktem dochodziło do nieoficjalnych kontaktów władz Izraela z Hamasem.

Jak ocenia Pan mało skuteczną jak na razie inicjatywę pokojową prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego, któremu niektórzy politycy zarzucają zbyt proizraelską politykę?
- Trzeba obiektywnie przyznać, że mimo że nie stoi on na czele Unii Europejskiej, nie mając osobiście nic do wygrania, wykazał się odwagą i cenną inicjatywą mającą na celu wstrzymanie ognia. Wspólnie z unijnym kierownictwem Czech podjęto próbę wprowadzenia pokojowego planu, chociaż z góry było wiadomo, że nie zostanie on w pełni poparty przez Egipt i Syrię, bardziej wrażliwe na naciski amerykańskie.

Można odnieść wrażenie, że mimo kontynuowania walk wszyscy czekają, aż zareagują Amerykanie.
- Mam podobne odczucia. Gdyby jednak nasi przyjaciele Amerykanie nie wykazali większej aktywności w rozwiązaniu tego konfliktu, to Europa musi sama dać sobie z nim radę, tym bardziej że stoi on u naszych drzwi i coraz bardziej dotyczy naszego społeczeństwa. Od jakiegoś czasu zwiększa się we Francji ilość propalestyńskich i proizraelskich manifestacji. Dochodzi do ataków na synagogi.

Kto, Pana zdaniem, jest odpowiedzialny za obecne starcie na Bliskim Wschodzie?
- Myślę, że w szukaniu rozwiązania ważniejsze jest przejście do wyższego etapu, bez obecnego rostrzygania, kto tu i teraz jest winny. W sumie są przecież winne obie strony, bo od dziesiątków lat walczą ze sobą, i tę walkę trzeba raz na zawsze skończyć.

Dziękuję za rozmowę.
"Nasz Dziennik" 2009-01-14

Autor: wa