Przejdź do treści
Przejdź do stopki

"To czysta przyjemność"

Treść

Niedziela, późne popołudnie, Pola Elizejskie w Paryżu. Amerykanin Lance Armstrong po raz szósty w karierze zakłada żółtą koszulkę należną zwycięzcy Tour de France - najważniejszego, najtrudniejszego i najbardziej prestiżowego wyścigu kolarskiego na świecie. Wygrał jak to on w wielkim stylu, z ogromną przewagą nad rywalami. Zasłużenie. Jak zawsze. Po raz kolejny zachwycając i zadziwiając cały świat.
Armstrong to wspaniały kolarz. Jeden z najwybitniejszych sportowców naszych czasów. Niezwykły człowiek. Z mentalnością zwycięzcy, który nigdy się nie poddaje, wierzy do końca, walczy z całych sił i całym sobą. Z ogromnym hartem ducha. Wygrywający najważniejsze pojedynki. Nie tylko z rywalami z tras, ale także ze śmiertelną chorobą.
Szybko ujawnił swój talent. W 1993 r., w wieku zaledwie 21 lat, został najmłodszym w historii mistrzem świata zawodowców. W tym samym roku zadebiutował w Tour de France, jeździł w nim regularnie do 1996. Bez większych sukcesów, wygrał bowiem zaledwie jeden etap, ale to było celowe - przygotowywał się do kolejnych startów, poznawał specyfikę wyścigu...
Wkrótce usłyszał bolesny i dramatyczny wyrok - zaawansowany rak. Lekarze dawali mu 50 procent szans na przeżycie. O powrocie do sportu nikt nie myślał, poza nim samym. Amerykanin przeszedł operację, potem chemioterapię. Nawet w trakcie leczenia nie rozstawał się z rowerem i dziennie przejeżdżał po kilkadziesiąt kilometrów. Wierzył, że wróci do zdrowia poprzez sport i dla sportu. I wygrał.
Ponownie pojawił się na TdF. Na początek jako kibic. Chudy, pozbawiony włosów i brwi, wszystkim mówił: "Będę się ścigał". Wtedy niewielu w to wierzyło. Może nikt.
W 1999 już wygrał. Podobnie rok później. I tak do dziś. Na koncie ma sześć triumfów - najwięcej w historii. Sięgał po nie w wielkim stylu rokrocznie. Gdy przed rokiem wyrównał rekord (pięciu zwycięstw) legendarnych Francuzów Jacques'a Anquetila i Bernarda Hinaulta, Belga Eddy'ego Merckxa oraz Hiszpana Miguela Induraina, jego przewaga nad rywalami - konkretnie nad Niemcem Janem Ullrichem - nie była tak duża. Tylko minuta i sekunda. Przyznawał wtedy samokrytycznie, że nie był w najlepszej formie, że miał momenty słabości, a do tego był zbyt pewny siebie. - Miałem dużo szczęścia - mówił i zaraz dodawał: - Wrócę tu za rok i to nie po to, by być drugim.
Dotrzymał słowa. Wygrał i to z ogromną przewagą - aż 6,19 min nad Niemcem Andreasem Kloedenem. Był najlepszy na mecie aż sześciu etapów, w tym dwóch czasówek (w obu wyprzedził Ullricha - dokładnie o... minutę i sekundę). Ani przez moment jego zwycięstwo nie podlegało dyskusji. Był w rewelacyjnej formie. Rywale jeden po drugim odpadali. - Myślę, że najważniejsza różnica między tym a ubiegłorocznym Tour de France tkwi w mojej głowie, w moim morale i motywacji - powiedział na mecie. Przyznał, że znów odnalazł prawdziwą - niemalże dziecięcą - radość ze ścigania. - To czysta przyjemność - dodał.
Tour de France jest jego żywiołem. O edycji kolejnej zaczyna myśleć dzień po zakończeniu obecnej. Przygotowuje się do niej cały rok. Mieszka w hiszpańskiej Geronie, gdzie są znakomite warunki do treningu. Nie uczestniczy w innych wyścigach, a jeśli już, to tylko po to, by jak najlepiej przygotować się do TdF. Wyścig ten ceni wyżej niż olimpiadę. W Atenach się nie pojawi. Dla niego jednoetapowe imprezy są zbyt przypadkowe, nie dają obrazu siły i wielkości kolarza. Tour to co innego.
Co będzie za rok? Czy 33-letni dziś Armstrong przyjedzie do Paryża, by po raz siódmy w karierze wygrać najważniejszy wyścig świata? Czy wyśrubuje swój rekord do granic kolejnych? Dziś nie potrafi udzielić odpowiedzi na to pytanie. Przynajmniej na 100 procent. Choć z drugiej strony trudno sobie wyobrazić, by mogło go zabraknąć. Bez obaw o pomyłkę można więc rzec, że Amerykanin w Paryżu znów się pojawi. By wygrać.
Piotr Skrobisz
Nasz Dziennik 27-07-2004

Autor: DW