Przejdź do treści
Przejdź do stopki

"Tak", czyli "nie"

Treść

Z Kathy Sinnott, irlandzką poseł do Parlamentu Europejskiego z grupy Niepodległość i Demokracja, rozmawia Anna Wiejak

Przeprowadzone dla "The Irish Times" badania opinii publicznej wykazały, że Irlandczycy pod pewnymi warunkami poparliby traktat lizboński. W jakich kategoriach należy odczytywać ten sondaż?
- Jest to bardzo interesujący sondaż, ponieważ pokazuje on, że gdyby w zapisie traktatu lizbońskiego dokonano znaczących zmian, a Irlandia mogła mieć własnego komisarza, to Irlandczycy zagłosowaliby na "tak". Rzeczywiście, wynik ten można by w ten sposób odczytywać, gdyby nie wysoki odsetek osób niezdecydowanych, jako że, jak pokazuje praktyka, owi niezdecydowani w krytycznym momencie zagłosowaliby na "nie". Tym bardziej interesująca jest zatem interpretacja tego badania, mówiąca, iż kolejne referendum będzie na "tak", podczas gdy w rzeczywistości jest dokładanie odwrotnie. Zauważmy, że tysiące ludzi, którzy opowiedzieli się za traktatem, uczyniło to pod warunkiem, że zostaną w nim dokonane znaczące zmiany. W zeszłym tygodniu Irlandię odwiedziła komisarz Margot Walstrom i oświadczyła, że nie ma mowy o żadnych zmianach w traktacie, również nasz minister spraw zagranicznych w zeszłym tygodniu powiedział, iż nie będzie żadnych zmian, i zaatakował Mary Liu z Shinn Fein, kiedy ta stwierdziła, że zmiany są możliwe. Z jednej strony zatem ludzie mówią, że zagłosowaliby za traktatem, gdyby jego zapisy uległy zmianie, z drugiej zaś zarówno unijni, jak i narodowi politycy mówią nam, że nie może zostać on zmieniony. Z wyników sondażu wyraźnie wynika: nie ma zmian, nie ma traktatu.

Zatem czy możemy odczytywać ten sondaż jako próbę zmylenia Irlandczyków?
- Jak najbardziej. Z jednej strony rząd mówi, że jakiekolwiek zmiany są niemożliwe, jednocześnie zaś pyta ludzi w sondażach, w jaki sposób by zagłosowali, gdyby zapisy traktatu uległy zmianie. Jest to ewidentnie obliczone na efekt PR-owski. Teraz należy się jedynie obawiać deklaracji ze strony polityków, które skłonią Irlandczyków do poparcia traktatu, a które okażą się zupełnie pozbawione mocy prawnej. Problem bowiem w tym, że ludzie, którzy nie są zaznajomieni z Unią, nie rozumieją, iż deklaracja ze strony UE nie oznacza kompletnie niczego, zatem biorą ją za dobrą monetę.

Czy Pani zdaniem Unia Europejska zdecyduje się na przyznanie Irladii opt-out? Tak daleko idące ustępstwa nie będą równoznaczne z koniecznością renegocjacji traktatu przez wszystkie państwa członkowskie?
- Być może zdecydują się na opt-out. Jeżeli jednak zezwolą Irlandii na posiadanie własnego komisarza, co na to powiedzą inne rządy? Można się spodziewać, że również będą chciały mieć własnego komisarza. To zaś będzie równoznaczne ze zmianą zapisów traktatu lizbońskiego.

Jeden ze specjalistów w dziedzinie prawa międzynarodowego stwierdził, że pozostałe rządy nie wysuną podobnych żądań ze względu na olbrzymie koszty polityczne. Z jego punktu widzenia negocjacje z pozostałymi państwami już się zakończyły.
- Skoro tak, to ciekawa jestem, jak zareagują, jeżeli jednemu państwu w drodze wyjątku pozwoli się na posiadanie stałego komisarza, pozostałym zaś nie. Jak zatem zamierzają to przeforsować...?

Dziękuję za rozmowę.
"Nasz Dziennik" 2008-11-18

Autor: wa