Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Ta ostatnia minuta...

Treść

Bramka Olivera Neuville’a w drugiej minucie doliczonego czasu gry zadecydowała o zwycięstwie Niemiec nad Polską 1:0 w meczu grupy A finałów piłkarskich mistrzostw świata. Przez wcześniejsze półtorej godziny na boisku w Dortmundzie trwała niesamowita walka, w której Biało-Czerwoni nie ustępowali faworyzowanym gospodarzom ambicją, sercem i zaangażowaniem. Aż samo ciśnie się na usta pytanie - czy podobnie nie mogła wyglądać gra naszych reprezentantów we wcześniejszym pojedynku z Ekwadorem? Niemieckie media już wczoraj podały, że następcą Pawła Janasa zostanie Henryk Kasperczak.

Mecz od dawna zapowiadał się jako wielkie wydarzenie, dla nas jawił się jako ostatnia szansa na zachowanie nadziei na awans do fazy pucharowej mundialu. Nic dziwnego, że na trybunach nie zabrakło znamienitych gości, zawodników dopingowali m.in. prezydent Lech Kaczyński oraz kanclerz Angela Merkel. Obejrzeli oni znakomite widowisko, w którym nie zabrakło pięknych akcji, ambicji, niezwykłej walki, heroicznej obrony i prawdziwych dramatów. Niestety, finał okazał się szczęśliwy dla gospodarzy. Nam do szczęścia zabrakło kilkudziesięciu sekund.
Trener Paweł Janas, tak jak zapowiadał, dokonał dwóch zmian w składzie w porównaniu z meczem z Ekwadorem. Na boisku pojawili się zatem Ireneusz Jeleń oraz Bartosz Bosacki, a na ławce rezerwowych zasiedli Mirosław Szymkowiak i Mariusz Jop. Te decyzje okazały się słuszne, obaj należeli do najlepszych w naszej drużynie, Jeleń spisał się wręcz świetnie. Na środek pomocy został cofnięty Maciej Żurawski, jedynym napastnikiem był Euzebiusz Smolarek. Selekcjoner nie zmienił zatem taktyki - nadal graliśmy systemem 1-4-5-1. Czy słusznie? O tym później.
Od początku meczu do zdecydowanych ataków ruszyli Niemcy. Nasi dali się zepchnąć do defensywy, już w 3. min żółtą kartkę ujrzał Jacek Krzynówek. Mimo to gospodarze nie byli w stanie stworzyć sobie klarownej sytuacji, pierwszą bardzo groźną akcję w 9. min przeprowadzili Polacy - po wymianie piłek między Smolarkiem a Żurawskim ten drugi uderzył z kilkunastu metrów, jednak zbyt lekko i Jens Lehmann pewnie obronił. Gdyby "Żuraw" lepiej przymierzył i strzelił silniej, moglibyśmy prowadzić. W odpowiedzi w niezłej sytuacji znalazł się Miroslav Klose, ale przegrał pojedynek z Arturem Borucem. Spotkanie było wyrównane, żadna ze stron nie potrafiła przejąć inicjatywy. Polacy grali spokojnie, konsekwentnie i z ogromnym zaangażowaniem. Nie było dla nich straconych piłek, obrońcy wyprzedzali rywali, nie pozwalając im stworzyć zagrożenia, szalenie aktywny na prawej pomocy był Jeleń.
W 21. min wydawało się jednak, że musi paść gol dla Niemiec - po dośrodkowaniu Bastiana Schweinsteigera w idealnej sytuacji znalazł się Klose, ale jego uderzenie głową o centymetry minęło słupek. Kolejną dobrą okazję gospodarze mieli kwadrans później, ale tym razem strzał Lukasa Podolskiego pewnie obronił Boruc. Tuż przed końcem pierwszej połowy nasz bramkarz nie miał już nic do powiedzenia, gdy z kilku metrów ponownie uderzył Podolski - na nasze szczęście piłka minimalnie minęła słupek.
Do przerwy zatem bramek nie było, nas cieszyła pełna zaangażowania i pasji gra Polaków, martwiła jedynie pewna pasywność w ofensywie. Nasi atakowali zbyt rzadko i zbyt małą liczbą piłkarzy. A przecież grali nie o punkt, a o trzy.
Druga połowa na początku wyglądała podobnie, ale z biegiem czasu inicjatywę zaczęli przejmować Niemcy. Trener Juergen Klinsmann, widząc, że nasi słabną, wyprowadził na boisko najszybszego gracza Bundesligi, Davida Odonkora. Przewaga gospodarzy z każdą upływającą minutą stawała się coraz większa, Polacy ograniczali się już tylko do obrony. Mimo to nadal walczyli z ogromnym sercem, przy tym mieli sporo szczęścia i rewelacyjnego Boruca w bramce. Zawodnik Celtiku Glasgow kapitalnymi paradami ratował nasz zespół od utraty gola po uderzeniach Klosego, Podolskiego, Philippa Lahma i Olivera Neuville’a, który wszedł na boisko na ostatnie 20 minut. Biało-Czerwoni atakowali rzadko, a jeśli już stwarzali zalążek groźnej akcji, rywale przerywali ją faulem. Na dodatek od 75. minuty podopieczni Janasa grali w osłabieniu - drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę ujrzał bowiem Radosław Sobolewski i przedwcześnie udał się do szatni. Polakom została już tylko heroiczna obrona.
W 90. min wydawało się, że Niemcy dopną swego - po dośrodkowaniu Lahma z najbliższej odległości uderzył głową Klose, ale piłka trafiła w poprzeczkę. Natychmiast doskoczył do niej jednak Michael Ballack, ale i on uderzył w... poprzeczkę. Po chwili Odonkor pokonał Boruca, ale sędzia słusznie nie uznał gola z powodu spalonego. Czyżby zatem remis? Niestety, nie. W drugiej minucie doliczonego czasu gry po prawej stronie popędził Odonkor, doskoczyło do niego trzech naszych reprezentantów, a mimo to zagrał dokładnie piłkę na pole karne - tam doskoczył do niej Neuville i z kilku metrów pokonał bezradnego Boruca. Niemcy oszaleli ze szczęścia, nasi padli na murawę ze łzami w oczach. Zabrakło tak niewiele, ale zabrakło.
Na pewno Polacy zagrali o kilka klas lepiej niż w meczu z Ekwadorem, co od razu nasuwa pytania - dlaczego tak późno? Trzeba ich pochwalić za serce, wolę walki, zaangażowanie. Zostawili na boisku wiele sił, nie zwątpili nawet wówczas, gdy już się słaniali na nogach. Świetnie zagrał Jeleń, szybki, zdecydowany, absorbujący obronę rywala. Pewni w defensywie byli Marcin Baszczyński, Jacek Bąk i Bosacki. Próbował szarpać z przodu Smolarek. Rewelacyjnie bronił Boruc.
Nie sposób jednak zadać na koniec pytania - dlaczego w meczu, który musieliśmy wygrać, zagraliśmy o remis? Remis, który przecież praktycznie nic nie dawał, poza nerwowym oczekiwaniem na wynik spotkania Ekwadoru z Kostaryką? Czemu Paweł Janas znów zastosował defensywną taktykę, czemu nie dał szansy Pawłowi Brożkowi, który ze swym sprytem, szybkością i błyskotliwością mógł być ogromnym zagrożeniem dla obrony rywala? Czemu tak długo zwlekał ze zmianami, trzymał na boisku "zagrożonego" Sobolewskiego, słabego Krzynówka i Żurawskiego?
Nie można po tym meczu atakować piłkarzy, bo walczyli całym sercem i za to im chwała. Ich dowódca wybrał jednak złą taktykę i to jest dla mnie fakt bezsporny. W eliminacjach do mundialu siła naszej drużyny tkwiła w potencjale ofensywnym. Tymczasem w dwóch meczach mistrzostw nie strzeliliśmy ani jednej bramki. W obydwu graliśmy po to, aby przede wszystkim nie przegrać. To chyba błąd.
Piękna porażka - można krótko ocenić środowy pojedynek. Szkoda.
Piotr Skrobisz

żródło: "Nasz Dziennik" 2006-06-16

Autor: mj