Standardy demokratów
Treść
Władysław Frasyniuk jest jedną z najczęściej zapraszanych przez media osób do komentowania sytuacji politycznej powstałej po ujawnieniu teczki Marka Belki. Lider Partii Demokratycznej usilnie przekonuje, że premier nie był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Zupełnie pomija fakt, że chodzi o coś całkiem innego - Belka skłamał przed komisją, składając zeznania pod przysięgą. To widocznie mieści się w standardach partii Frasyniuka i Belki.
W wyroku z 5 października 2000 r. (sygn. akt II KKN 271/00) Sąd Najwyższy stwierdził, że "współpracą w charakterze tajnego informatora jest zachowanie polegające na udzieleniu organom bezpieczeństwa państwa pomocy w postaci dostarczenia informacji ułatwiającej wykonanie zadań powierzonych tym organom". Nie jest nią jednak "uchylanie się od dostarczenia takiej informacji, ani współdziałanie pozorne - choćby przejawiało się w formalnym dopełnianiu czynności i procedur wymaganych przez oczekującego współpracy". Oznacza to, że Rzecznik Interesu Publicznego nie mógł skierować do Sądu Lustracyjnego wniosku o stwierdzenie, iż Marek Belka skłamał w swoim oświadczeniu lustracyjnym. Wszystko przez to, że w materiałach zgromadzonych w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej nie ma raportu prof. D. Johnsona, który "Blech" przekazał Służbie Bezpieczeństwa, a który przez nią został uznany za "wartościowy".
Jak tłumaczy sędzia Bogusław Nizieński, do sądu kierowane są takie wnioski, w przypadku których udało się zebrać odpowiednio mocny materiał dowodowy, aby nie narazić się na odmowę wszczęcia postępowania lustracyjnego. To dlatego, gdy odchodził, przekazując urząd Rzecznika Interesu Publicznego prof. Włodzimierzowi Olszewskiemu, nie zamknął sprawy Belki. Wiadomo, że czekał na dostarczenie przez Agencję Wywiadu rzeczonego raportu. Ale dokument ten nie został przekazany.
Władysław Frasyniuk stosuje własną wykładnię tzw. ustawy lustracyjnej, powtarzając raz po raz, że tajnym współpracownikiem mógł być tylko ten, w wyniku działań którego ktoś został pokrzywdzony.
A warto pamiętać, że cała afera nie dotyczy faktu, czy Belka był, czy nie był współpracownikiem SB, do czego się nie przyznał w oświadczeniu lustracyjnym. Belka długo utrzymywał, że podpisał jedynie pismo, w którym zobowiązał się do zachowania w tajemnicy faktu i przebiegu spotkania z oficerami SB. Zapytany przed komisją (zeznawał pod przysięgą), czy podpisał jakikolwiek dokument o współpracy, zaprzeczył. Tymczasem w jego aktach znajdują się dwa takie dokumenty, wśród nich instrukcja wyjazdowa, do której podpisania Belka przyznał się później.
Tymczasem Belka skłamał jeszcze raz, choć tym razem nie pod przysięgą. Tłumaczył ostatnio, że ma prawo nie pamiętać, co podpisywał, bo nigdy nie widział żadnych dokumentów ze swojej teczki. Ale to nieprawda, gdyż w grudniu ub. roku sędzia Nizieński pokazywał premierowi oba podpisane przez niego dokumenty, chcąc się dowiedzieć, czy przypadkiem Belka nie twierdzi, że jego podpis został sfałszowany. Ten przyznał, że to jego podpisy. W oświadczeniu lustracyjnym nie wspomniał o tym fakcie.
Mikołaj Wójcik
"Nasz Dziennik" 2005-06-24
Autor: ab