Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Słów kilka na temat tarczy

Treść

Nie cichną spekulacje na temat polsko-amerykańskiej umowy o tarczy antyrakietowej. Wszystko wskazuje na to, że przyjęta przez premiera Donalda Tuska oraz ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego strategia w sprawie ewentualnego umieszczenia na terytorium Polski elementów amerykańskiej instalacji była w rzeczywistości bardziej skomplikowana i wielowątkowa, niż stara się ją obecnie przedstawiać.



Nie ulega wątpliwości, że obaj politycy nie zamierzali podpisywać ze stroną amerykańską porozumienia w tej sprawie. Postanowili poczekać na dalszy rozwój sytuacji. Powodów ku temu mieli kilka. Po pierwsze, zależało im na tym, aby zyskać w oczach mediów "dramatyczną walką o polskie interesy" i ewentualnie, aczkolwiek niekoniecznie - spektakularnym podpisaniem umowy. Publikacja "Naszego Dziennika" zdemaskowała jednak plany szefa polskiego rządu tuż przed rozpoczęciem ich realizacji.
Należy zauważyć, iż premier Donald Tusk i w tym przypadku usiłował przełożyć medialny efekt wewnątrz kraju oraz pozorne korzyści partyjne nad pozycję Polski w świecie. Próbował ratować swój image, pogrążając politykę zagraniczną, której - jak się okazało - do końca nie rozumiał. Po drugie, zarówno Tusk, jak i Sikorski najprawdopodobniej liczyli na to, że nowa administracja w Białym Domu zrezygnuje z całego przedsięwzięcia. Pytanie jedynie, co mogli na tym zyskać.
Obiektywnie rzecz ujmując, osoba, która podpisze dokument o lokalizacji rakiet przechwytujących w Polsce, może w przyszłości znaleźć się w niezbyt komfortowej sytuacji, jeżeli okazałoby się, że strona amerykańska nie wywiązuje się z zawartej umowy bądź z politycznych względów zrezygnowałaby z ochrony instalacji, a co za tym idzie - naszego terytorium, już po wybudowaniu tarczy. Wprawdzie ten ostatni scenariusz jest raczej mało prawdopodobny, niemniej jednak i takie ryzyko należy brać pod uwagę. Poza tym cały projekt jest nie na rękę zarówno Rosji, jak i Niemcom, względem których obecny szef rządu, co możemy obserwować od samego początku jego kadencji, prowadzi politykę jednostronnej "miłości". Wydaje się, że Tusk doskonale zdawał sobie sprawę z dalekosiężnych skutków, jakie mogłaby przynieść dla jego wizerunku decyzja podpisania porozumienia w normalnym trybie. Odwlekając to w czasie, zyskiwał wszystko, podczas gdy Polska... traciła.
Zwołanie konferencji prasowej (po publikacji w "Naszym Dzienniku") i publiczna deklaracja o zerwaniu negocjacji, które w zasadzie były już pomyślnie zakończone (świadczą o tym doniesienia amerykańskich gazet oparte na "przeciekach" ze strony grupy negocjacyjnej) uczyniła z premiera "gwiazdę" reporterskich reflektorów, Polskę zaś, którą w tym momencie reprezentował - ukazała jako niewiarygodnego partnera w jakichkolwiek negocjacjach. Postawiła również pod znakiem zapytania sens naszej obecności w strukturach Paktu Północnoatlantyckiego, co w kwestiach bezpieczeństwa automatycznie związało nasz kraj z siłami Unii Europejskiej, nieposiadającymi w zasadzie większego znaczenia w światowym układzie sił.
Wbrew doniesieniom i tłumaczeniom niektórych polityków, rakiety typu Patriot miały się znaleźć w Polsce przejściowo wyłącznie w celach szkoleniowych, i to tylko na rok. Kwestia ich stacjonowania na stałe pozostawała otwarta. Natomiast późniejszy szum medialny miał za zadanie stworzenie zasłony dymnej dla podejmowanych przez Sikorskiego rozpaczliwych prób ratowania kontraktu, a zarazem samego siebie.
Wielu zadawało sobie pytanie, dlaczego prezydent Lech Kaczyński nie skorzystał z okazji, żeby publicznie, w krytycznym momencie "dobić" Donalda Tuska. Otóż po pierwsze, najprawdopodobniej kierował się racją stanu - atak na premiera jedynie pogorszyłby mocno już nadszarpnięty wizerunek Polski na arenie międzynarodowej, po drugie - w tej sytuacji nie było takiej potrzeby.
To, że amerykański system rakiet przechwytujących jest Polsce potrzebny, pozostaje faktem. Faktem są też różne koleje losów sojuszniczych zobowiązań, które w przeszłości Polska otrzymywała od Stanów Zjednoczonych, a z których USA nie zawsze się wywiązywały. Faktem pozostaje też jednak coraz bardziej imperialna polityka Rosji. Możemy się przed nią zabezpieczyć jedynie poprzez związanie z sojusznikiem, będącym w stanie prowadzić niezależne i samodzielne działania zbrojne, a takim sojusznikiem niewątpliwie są Stany Zjednoczone. Otwarte pozostaje zatem pytanie, na czyją korzyść działa polski rząd.
Anna Wiejak
"Nasz Dziennik" 2008-07-19

Autor: wa