Sięgając po to, co niemożliwe
Treść
Rozmowa z Leszkiem Blanikiem, mistrzem świata w gimnastyce sportowej
Co łączy gimnastyków z kierowcami Formuły 1?
- ???
Pytam nie przez przypadek, wszak jako sportowego idola podaje Pan legendarnego Ayrtona Sennę.
- To prawda. Brazylijczyk był moim wzorem z lat dziecinnych, ideałem sportowca. Z wielu powodów. Z jednej strony, był najlepszy, przełamywał bariery, własny strach, granice możliwości. Zawsze wyciszony, nastawiony na walkę, potrafił jeździć w każdych warunkach, także tych, w których rywale zupełnie sobie nie radzili. Z drugiej strony, nie ukrywał głębokiej religijności, swoje życie poświęcał Bogu i nigdy tego nie ukrywał. Imponowało mi to.
Kierowcą Formuły 1 Pan jednak nie został, wybrał zajęcie zupełnie inne - gimnastykę sportową. Dlaczego?
- Dodam jeszcze, że moją wielką pasją jest żużel, czyli sporty motorowe nie są mi obce (śmiech). Ale fakt - od 21 lat uprawiam gimnastykę sportową. Urodziłem się w Radlinie, mieście między Wodzisławiem Śląskim a Rybnikiem, znanym m.in. ze wspaniałych tradycji gimnastycznych. W 1986 roku rozpocząłem karierę w tamtejszym klubie i już po pół roku treningów okazało się, że mam do tej dyscypliny dryg. Minęło dwanaście miesięcy i byłem najlepszym w kraju zawodnikiem do lat 13. Gimnastyka zaczęła mnie wciągać. Mój ojciec zawsze mi powtarzał, że jeśli coś się zaczyna robić, to trzeba to doprowadzić do końca, i to dobrze. Tak więc zostałem, i oczywiście nie żałuję.
Na początku to była jednak pewnie tylko zabawa. Kiedy Pan uznał, że gimnastyka może być sposobem na życie?
- Zabawa owszem, ale traktowana na serio. Ja w ogóle lubię rywalizację, nawet w dzieciństwie, gdy grywałem z bratem w piłkę, siatkówkę czy tenisa, to zawsze na punkty, poważnie. Punktem zwrotnym w mojej karierze było utworzenie w 1996 roku ośrodka olimpijskiego przy gdańskiej Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu. Rozpocząłem tam treningi i mocno się rozwinąłem. Wtedy zrozumiałem, że mogę nie tylko w gimnastyce odnosić sukcesy, ale i z niej wyżyć.
Pierwszy poważny sukces przyszedł w 1998 roku.
- Gdy przychodziłem do ośrodka, polska gimnastyka sportowa praktycznie nie istniała na arenie międzynarodowej. Dlatego było trudno nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Człowiek aż nie śmiał marzyć o sukcesach, bo tych od dawna nie było. Wiele zmieniło się, gdy naszym trenerem został Ukrainiec Andriej Lewit. Przełom nastąpił szybko. W 1998 roku zająłem drugie miejsce w zawodach Pucharu Świata w paryskiej hali Bercy. Doskonale pamiętam te zawody, 10 tysięcy ludzi na trybunach, wspaniałą atmosferę. Po nich uwierzyłem, że mogę czegoś w tym sporcie dokonać. Dwa tygodnie później znów byłem drugi, tym razem w Vancouver. W kwietniu 1998 roku zostałem wicemistrzem Europy.
Przemknęło wówczas Panu przez myśl, że niedługo może Pan zdobyć olimpijski medal?
- Nie marzyłem nawet o tym. Pewnie, w dzieciństwie stałem na baczność, gdy grano [Waldemarowi] Legieniowi Mazurek Dąbrowskiego i zastanawiałem się, jak to jest być najlepszym na świecie. Wspomniane wicemistrzostwo Europy zaczęło mi jednak powoli otwierać oczy i napełniać wiarą. Dla mnie samo zakwalifikowanie się na igrzyska w Sydney było już sukcesem, awans do olimpijskiej ósemki - wyczynem. Ostatecznie stanąłem na podium. Coś wspaniałego! Po prostu skupiałem się na tym, aby oddawać swoje skoki bardzo dobrze. Kluczem do sukcesu było i jest nadal dokładne przełożenie na zawody tego, co wcześniej wykonuje się na treningach. Wiedziałem, że stać mnie na świetny skok, ale musiałem wytrzymać presję i zrobić dokładnie to, co potrafię.
Jakie cechy musi mieć dobry gimnastyk?
- Niesamowitą determinację w dążeniu do celu. Nieraz miałem momenty zwątpienia i pewnie ich bym nie przełamał, gdyby nie wiara i najbliżsi - rodzice, żona, synek. Jestem też niezwykle przywiązany do Polski: naszych barw narodowych, godła i tradycji. Uprawiając sport, mogę ją reprezentować, co jest niezwykłym zaszczytem i powodem do dumy. W trudnych chwilach ta świadomość pomagała.
A jeśli chodzi o cechy typowo gimnastyczne - zawodnik musi być silny, skoczny, gibki, mieć znakomitą koordynację ruchową.
Pana sportowe motto brzmi: "Aby osiągać to, co możliwe, trzeba sięgać po to, co niemożliwe".
- To proste. Jadąc na mistrzostwa świata, nie mogę marzyć o trzecim miejscu, bo wyląduję gdzieś dużo niżej. Muszę marzyć - to ważne słowo - o najwyższym celu, mistrzostwie. Dążąc do niego, będę bowiem w stanie pokonać bariery i granice, których dotąd nie mogłem przeskoczyć. Zawsze trzeba mierzyć najdalej i najwyżej, nie tylko w sporcie, dzięki temu się rozwijamy.
Który sukces uważa Pan za cenniejszy - brąz olimpijski czy złoto mistrzostw świata?
- Stawiam je na równi. Brąz jest mniej cenny od złota, ale znowuż igrzyska to igrzyska, najważniejsze zawody. Sukces na mistrzostwach ma dla mnie wielkie znaczenie także z tej racji, iż oznacza powrót do żywych. Przez ostatnie trzy lata wspominałem igrzyska ateńskie, na które nie pojechałem. Bardzo mnie to bolało. Teraz wreszcie karta się odwróciła, wyleczyłem kontuzje, mogę po raz kolejny stanąć na olimpijskim rozbiegu i powalczyć o najwyższe lokaty. Przyznam, że mocno przeżywam porażki, potrafią mnie podłamać. Ale z reguły ten stan trwa dwa dni, potem z niesamowitą determinacją biorę się do pracy, by się odkuć. Ale nie na rywalach, bardziej na sobie, by udowodnić, że wciąż mnie stać na rywalizację z najlepszymi. Wymagam od siebie dużo, po prostu.
Ma Pan 30 lat i choć sportowcom wieku nie powinno się wypominać - nie da się nie zauważyć, że gimnastyków w podobnym wieku nie ma...
- To prawda. W tym momencie w naszej dyscyplinie nie ma zawodników powyżej 28. roku życia. To jest jakaś granica, za którą pojawia się pewien lęk psychiczny przed skakaniem. Ja też miałem ten problem, zastanawiałem się, kalkulowałem. Na szczęście poprzez mądry trening udało mi się go przejść. Gdy zdobywałem brąz w Sydney, miałem 23 lata i... nie znałem dokładnie swojego organizmu. Teraz mam "trzydziestkę" i mogę powiedzieć, że większość niuansów zgłębiłem. Przez ostatnie półtora roku szukałem jakiś rozwiązań, które pomogłyby mi optymalnie przygotować się do najważniejszych imprez. I teraz wiem, jak to robić. To ważne, bo dzięki temu do igrzysk pójdę utartymi szlakami, nie będę musiał kombinować i coś zmieniać.
Jaką zatem pójść drogą, by z Pekinu wrócić z tarczą?
- Najważniejsza zasada - pracować na 110 procent, z maksymalnymi obciążeniami, zrobić wszystko, co w mojej mocy, nie odpuszczać. Przygotować się z pełną determinacją, by w Pekinie stanąć przed lustrem i powiedzieć: zrobiłem, co mogłem. A dwa - przyda się i odrobina szczęścia.
Życzę go więc i dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
"Nasz Dziennik" 2007-09-22
Autor: wa