Show Baracka Obamy na stadionie w Denver
Treść
Wizja sprawiedliwej Ameryki, mnóstwo sloganów oraz zafałszowana autobiografia, zabarwiona nutką fałszywego heroizmu - oto treść przemówienia wygłoszonego przez Baracka Obamę na konwencji Demokratów, którego wysłuchało około 84 tys. osób. Znalazło się w nim miejsce zarówno dla problemu ubóstwa, jak i tradycyjnych wartości, w tym chrześcijańskich, do których Obama ma stosunek co najmniej ambiwalentny. Ciemnoskóry senator z Illinois po raz kolejny udowodnił swój retoryczny kunszt. Można mieć jednak wątpliwości, czy owo mistrzostwo słowa w połączeniu z poparciem Clintonów wystarczy do zwycięstwa w listopadowych wyborach. Od dłuższego już czasu rzekome ogromne poparcie społeczeństwa amerykańskiego dla Baracka Obamy to nic innego, jak tylko zręczne zabiegi jego sztabu wyborczego.
W trwającym 45 minut przemówieniu Barack Obama skrytykował swojego rywala, Johna McCaina, zarzucając mu prowadzenie polityki zgodnie z linią przyjętą przez obecnego prezydenta USA George'a W. Busha. - Dowody są jasne: John McCain - 90 proc. jego głosowań było zgodne z polityką Busha - oświadczył Obama. Stadion nagrodził te słowa burzliwą owacją. Kandydat Demokratów obiecał, że obniży podatki dla 95 proc. Amerykanów - z wyjątkiem najbogatszych - oraz zniesie ulgi podatkowe dla korporacji, "które przenoszą stanowiska pracy za granicę". Jeżeli jednak spojrzymy na wykaz donatorów Obamy, okaże się, iż obietnice "zabierania bogatym i rozdawania biednym" nie mają przełożenia na rzeczywistość. Kampanię senatora z Illinois wspierają takie rekiny finansjery, jak właściciele Goldman Sachs Group Incorporated, jednego z największych banków inwestycyjnych na świecie, którzy przeznaczyli na ten cel aż 653 030 USD. Nieco mniejszą, chociaż również astronomiczną sumę (414 760 USD) wpłacił na fundusz wyborczy Obamy jeden z największych holdingów finansowych na świecie, działający w 50 krajach, JP Morgan Chase. Wśród sponsorów pojawili się także Lehman Brothers, Microsoft Corporation, Latham&Watkins i inne. Warto przypomnieć, że udzielająca Obamie poparcia politycznego Hillary Clinton ma silne powiązania z amerykańską finansjerą, w tym z Rotshildami. Kampanię wsparły również środowiska uniwersyteckie, m.in. Uniwersytet Harvarda, Stanford czy Chicago. Trudno się łudzić, iż tak wysokich dotacji udzieliły bezinteresownie...
Warto przy tym zwrócić uwagę, że obniżaniu podatków dla 95 proc. społeczeństwa towarzyszyć będzie, zdaniem Obamy, jednoczesne doinwestowanie oświaty, której reformę przewiduje. Zamierza też zapewnić każdemu (w tym rzeszom bezrobotnych oraz osobom egzystującym na krawędzi ubóstwa) możliwość medycznego ubezpieczenia (obecnie ponad 40 mln Amerykanów nie posiada żadnego). Rodzi się pytanie, w jaki sposób chce zdobyć na to wszystko fundusze. Czyżby od najbogatszych, którzy tyle zainwestowali w jego kampanię?
Również obietnice o uniezależnieniu Stanów Zjednoczonych od ropy naftowej z Bliskiego Wschodu, co według senatora z Illinois miałoby nastąpić w ciągu dekady, można potraktować jako populistyczne deklaracje bez pokrycia. Ażeby uniezależnić się od dostaw z krajów arabskich, USA musiałyby rozpocząć eksploatację własnych złóż, to zaś, z punktu widzenia długofalowej polityki gospodarczej, byłoby ekonomicznym samobójstwem. W tej sytuacji argumentacja, że "jest to konieczne dla naszej gospodarki, naszego bezpieczeństwa i przyszłości naszej planety", brzmi co najmniej kuriozalnie. Jedyną sensowną deklaracją była obietnica zainwestowania 150 mld USD w odnawialne źródła energii.
Wilk w owczej skórze
Problemem Baracka Obamy są również jego współpracownicy. Okazuje się bowiem, że kandydat Demokratów na wiceprezydenta, 65-letni senator Joe Biden, jest niejednoznaczny w głoszonych przez siebie poglądach. Z jednej strony bowiem deklaruje się jako katolik, jednak sądząc po wypowiedziach, jego katolicyzm jest daleki od nauki Kościoła. Ambiwalencję można dostrzec również na innych płaszczyznach. - Moje poglądy są komplementarne z nauką Kościoła - stwierdził w jednym z wywiadów. - W Kościele są osoby, które twierdzą, że jeżeli człowiek nie zgadza się z jednym z punktów nauki Kościoła, to sprzeciwia się całości tej nauki. Sądzę, że Kościół jest ponad tym - dodał chwilę później. Warto przypomnieć, że Joe Biden, obok ostro krytykowanej (m.in. za działalność proaborcyjną) przez hierarchię Kościoła katolickiego przewodniczącej Izby Reprezentantów Nancy Pelosi, angażuje się po stronie ruchu walczącego o swobodne zabijanie dzieci poczętych.
Zdaniem prof. Józefa Szaniawskiego, Amerykanie doskonale zdają sobie sprawę z prowadzonej przez Obamę gry i nie pozwolą sobą manipulować. Ciemnoskóry senator w trakcie swojej kampanii stara się ukazywać jako katolik i zarazem jako obrońca aborcji. Jego sylwetka bez przerwy ewoluuje, w zależności od potrzeb wyborców. Sam nazywa się przeciwnikiem inwazji na Iran i jakichkolwiek wojen, a jednak jego pacyfizm wcale nie jest taki oczywisty.
- Nie pokonuje się siatki terrorystycznej, która działa w 80 krajach, przez okupowanie Iraku - powiedział Obama w wygłoszonej na stadionie w Denver mowie i obiecał, że "odpowiedzialnie zakończy" wojnę w tym kraju. Zarzucił też Republikanom pogorszenie stosunków USA z sojusznikami, co - jak zaznaczył - utrudnia teraz wspólną politykę wobec agresywnej Rosji. - Nie można naprawdę wesprzeć Gruzji, jeśli ma się napięte stosunki z sojusznikami - stwierdził. Wygłaszanie pacyfistycznych deklaracji nie przeszkodziło mu jednak we wskazaniu kolejnego celu amerykańskiej interwencji militarnej, a mianowicie - Iranu.
Wybory zweryfikują, a czas pokaże
Średnio co piąty ankietowany, który wcześniej planował głosować na wywodzącą się z obozu demokratycznego Hillary Clinton, obecnie zamierza oddać swój głos na Republikanina Johna McCaina. Jednak niewykluczone, że prowadzona przez Obamę intensywna kampania medialna, przy wsparciu byłej prezydenckiej pary, może jednak okazać się skuteczna. - Jedynym miarodajnym sondażem są wybory - skonstatował w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" prof. Szaniawski. Dopiero wynik głosowania w wyborach prezydenckich zweryfikuje wszelkie przypuszczenia w tej kwestii.
Wszystko wskazuje jednak na to, iż Obamie udało się oczarować audytorium. Słowa senatora co chwila przerywały burze oklasków. Skandowano: "Yes, we can" (Tak, możemy) - wiodący slogan jego kampanii. Nawet John McCain pogratulował senatorowi z Illinois "dobrej roboty". Jeśli prowadzone przez Obamę przedwyborcze "show" przyciągnie do jego obozu katolików, należy się spodziewać, że za nimi pójdą mniejszości narodowe. Wśród nich zaś będą Irlandczycy, Polacy i Latynosi, którzy w przeważającej części deklarują wyznanie katolickie. Ponadto mówi się, że robotnicze pochodzenie senatora przysporzy Obamie wyborców także z tej grupy, która dotychczas stała za Hillary. Nawet jeżeli tak, to bez wsparcia samej Hillary Clinton byłoby to niemożliwe.
Nie bez znaczenia może być też fakt, iż Barack Obama przyjął nominację w 45. rocznicę mowy Martina Luthera Kinga "I Have a Dream", do którego postaci nawiązał w swoim przemówieniu. Wątpliwe jednak, by udało mu się dzięki temu podbić serca Afroamerykanów. Chociaż z drugiej strony, biorąc pod uwagę sukces Donalda Tuska, w demokracji wszystko jest możliwe...
Anna Wiejak
Współpraca Marta Ziarnik
"Nasz Dziennik" 2008-08-30
Autor: wa