Salon obłudy i hipokryzji
Treść
Najzagorzalsi przeciwnicy lustracji i dekomunizacji stali się nagle jej piewcami i zwolennikami. Dziennikarze, którzy jeszcze kilka tygodni temu apelowali do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, by nie podpisywał ustawy o udostępnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa komunistycznego - teraz "ujawniają" wyrywkowe materiały SB dotyczące hierarchów Kościoła katolickiego. Słowo "lustracja" stało się dla nich wygodnym orężem walki z tymi, którzy od lat domagają się ujawnienia archiwów SB. A wszystko po to, by zablokować odtajnienie i ujawnienie materiałów dotyczących środowisk dziennikarskich, literackich czy politycznych.
Kiedy Bronisław Wildstein jako dziennikarz wyniósł z IPN listę osób, które mogły być współpracownikami lub kontaktami operacyjnymi SB, środowisko dziennikarskie ogarnęła histeria. Niemal jak jeden mąż ogólnopolskie i lokalne gazety rzuciły się do ataków nie tylko personalnych wymierzonych w Wildsteina - który prędko pożegnał się z posadą w "Rzeczpospolitej", ale przede wszystkim w samą ideę lustracji. "Polowanie na czarownice", "zoologiczny antykomunizm" to tylko niektóre tytuły, jakie pojawiały się w tamtym czasie na łamach gazet. Żadna z redakcji nie podjęła wówczas próby zweryfikowania, czy dziennikarze, których nazwiska znalazły się na "liście Wildsteina", rzeczywiście współpracowali z SB. Dziś te same gazety, jak jeden mąż, domagają się ujawnienia teczek duchownych. Nawrócenie? Zrozumienie tego, że bez lustracji, bez oczyszczenia życia publicznego nie można budować państwa prawa? Śmiechu warte. Wystarczy spojrzeć na to, co działo się na łamach tych gazet, zwłaszcza w kontekście nowej ustawy lustracyjnej w ostatnich miesiącach. "Dziennik" piórem Agnieszki Romaszewskiej-Guzy piętnował i atakował ustawę pozwalającą na odtajnienie archiwów SB, "Wprost" dopuściło się ohydnego paszkwilu wymierzonego w Zbigniewa Herberta, pomawiając go o współpracę z SB, a czołowy dziennikarz "Newsweeka" na spotkaniu konsultacyjnym u prezydenta Lecha Kaczyńskiego dotyczącym właśnie lustracji gorąco apelował, by prezydent nie podpisywał nowej ustawy. Mamy też "Gazetę Polską", która w ostatnich miesiącach po latach lawirowania pomiędzy centrum a europejską lewicą nagle znowu koniunkturalnie przystroiła się w piórka antykomunistycznej i prolustracyjnej. Nic bardziej fałszywego. Z jednej strony Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny "Gazety Polskiej", występuje jako zwolennik jawności i przejrzystości życia publicznego, z drugiej - nie dalej niż kilka tygodni temu zamieszcza publikację Waldemara Łysiaka, kiedyś cenionego pisarza, który swoją wielkość rozmienił na drobne megalomanii i samozachwytu. I oto ten Łysiak na łamach tejże rzekomo prolustracyjnej "Gazety Polskiej" w niewybrednych słowach rozprawia się z ustawą o udostępnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa komunistycznego, między wierszami apelując wręcz, by prezydent Kaczyński nie podpisywał ustawy. Czego obawiają się ci "gorący lustratorzy" z "Gazety Polskiej", "Newsweeka", "Dziennika"? Dlaczego za wszelką cenę starają się skompromitować idee lustracji "wrzutkami" nie do końca zweryfikowanych dokumentów wymierzonymi w Kościół katolicki? Być może stanie się to jasne już w marcu tego roku, gdy w życie wejdzie ustawa o udostępnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa komunistycznego, a archiwa IPN zawierające esbeckie materiały staną się dostępne dla ogółu społeczeństwa, nie zaś tylko dla garstki wybranych dziennikarzy.
Wojciech Wybranowski
Najzagorzalsi przeciwnicy lustracji i dekomunizacji stali się nagle jej piewcami i zwolennikami. Dziennikarze, którzy jeszcze kilka tygodni temu apelowali do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, by nie podpisywał ustawy o udostępnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa komunistycznego - teraz "ujawniają" wyrywkowe materiały SB dotyczące hierarchów Kościoła katolickiego. Słowo "lustracja" stało się dla nich wygodnym orężem walki z tymi, którzy od lat domagają się ujawnienia archiwów SB. A wszystko po to, by zablokować odtajnienie i ujawnienie materiałów dotyczących środowisk dziennikarskich, literackich czy politycznych.
Kiedy Bronisław Wildstein jako dziennikarz wyniósł z IPN listę osób, które mogły być współpracownikami lub kontaktami operacyjnymi SB, środowisko dziennikarskie ogarnęła histeria. Niemal jak jeden mąż ogólnopolskie i lokalne gazety rzuciły się do ataków nie tylko personalnych wymierzonych w Wildsteina - który prędko pożegnał się z posadą w "Rzeczpospolitej", ale przede wszystkim w samą ideę lustracji. "Polowanie na czarownice", "zoologiczny antykomunizm" to tylko niektóre tytuły, jakie pojawiały się w tamtym czasie na łamach gazet. Żadna z redakcji nie podjęła wówczas próby zweryfikowania, czy dziennikarze, których nazwiska znalazły się na "liście Wildsteina", rzeczywiście współpracowali z SB. Dziś te same gazety, jak jeden mąż, domagają się ujawnienia teczek duchownych. Nawrócenie? Zrozumienie tego, że bez lustracji, bez oczyszczenia życia publicznego nie można budować państwa prawa? Śmiechu warte. Wystarczy spojrzeć na to, co działo się na łamach tych gazet, zwłaszcza w kontekście nowej ustawy lustracyjnej w ostatnich miesiącach. "Dziennik" piórem Agnieszki Romaszewskiej-Guzy piętnował i atakował ustawę pozwalającą na odtajnienie archiwów SB, "Wprost" dopuściło się ohydnego paszkwilu wymierzonego w Zbigniewa Herberta, pomawiając go o współpracę z SB, a czołowy dziennikarz "Newsweeka" na spotkaniu konsultacyjnym u prezydenta Lecha Kaczyńskiego dotyczącym właśnie lustracji gorąco apelował, by prezydent nie podpisywał nowej ustawy. Mamy też "Gazetę Polską", która w ostatnich miesiącach po latach lawirowania pomiędzy centrum a europejską lewicą nagle znowu koniunkturalnie przystroiła się w piórka antykomunistycznej i prolustracyjnej. Nic bardziej fałszywego. Z jednej strony Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny "Gazety Polskiej", występuje jako zwolennik jawności i przejrzystości życia publicznego, z drugiej - nie dalej niż kilka tygodni temu zamieszcza publikację Waldemara Łysiaka, kiedyś cenionego pisarza, który swoją wielkość rozmienił na drobne megalomanii i samozachwytu. I oto ten Łysiak na łamach tejże rzekomo prolustracyjnej "Gazety Polskiej" w niewybrednych słowach rozprawia się z ustawą o udostępnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa komunistycznego, między wierszami apelując wręcz, by prezydent Kaczyński nie podpisywał ustawy. Czego obawiają się ci "gorący lustratorzy" z "Gazety Polskiej", "Newsweeka", "Dziennika"? Dlaczego za wszelką cenę starają się skompromitować idee lustracji "wrzutkami" nie do końca zweryfikowanych dokumentów wymierzonymi w Kościół katolicki? Być może stanie się to jasne już w marcu tego roku, gdy w życie wejdzie ustawa o udostępnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa komunistycznego, a archiwa IPN zawierające esbeckie materiały staną się dostępne dla ogółu społeczeństwa, nie zaś tylko dla garstki wybranych dziennikarzy.
Wojciech Wybranowski
Najzagorzalsi przeciwnicy lustracji i dekomunizacji stali się nagle jej piewcami i zwolennikami. Dziennikarze, którzy jeszcze kilka tygodni temu apelowali do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, by nie podpisywał ustawy o udostępnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa komunistycznego - teraz "ujawniają" wyrywkowe materiały SB dotyczące hierarchów Kościoła katolickiego. Słowo "lustracja" stało się dla nich wygodnym orężem walki z tymi, którzy od lat domagają się ujawnienia archiwów SB. A wszystko po to, by zablokować odtajnienie i ujawnienie materiałów dotyczących środowisk dziennikarskich, literackich czy politycznych.
Kiedy Bronisław Wildstein jako dziennikarz wyniósł z IPN listę osób, które mogły być współpracownikami lub kontaktami operacyjnymi SB, środowisko dziennikarskie ogarnęła histeria. Niemal jak jeden mąż ogólnopolskie i lokalne gazety rzuciły się do ataków nie tylko personalnych wymierzonych w Wildsteina - który prędko pożegnał się z posadą w "Rzeczpospolitej", ale przede wszystkim w samą ideę lustracji. "Polowanie na czarownice", "zoologiczny antykomunizm" to tylko niektóre tytuły, jakie pojawiały się w tamtym czasie na łamach gazet. Żadna z redakcji nie podjęła wówczas próby zweryfikowania, czy dziennikarze, których nazwiska znalazły się na "liście Wildsteina", rzeczywiście współpracowali z SB. Dziś te same gazety, jak jeden mąż, domagają się ujawnienia teczek duchownych. Nawrócenie? Zrozumienie tego, że bez lustracji, bez oczyszczenia życia publicznego nie można budować państwa prawa? Śmiechu warte. Wystarczy spojrzeć na to, co działo się na łamach tych gazet, zwłaszcza w kontekście nowej ustawy lustracyjnej w ostatnich miesiącach. "Dziennik" piórem Agnieszki Romaszewskiej-Guzy piętnował i atakował ustawę pozwalającą na odtajnienie archiwów SB, "Wprost" dopuściło się ohydnego paszkwilu wymierzonego w Zbigniewa Herberta, pomawiając go o współpracę z SB, a czołowy dziennikarz "Newsweeka" na spotkaniu konsultacyjnym u prezydenta Lecha Kaczyńskiego dotyczącym właśnie lustracji gorąco apelował, by prezydent nie podpisywał nowej ustawy. Mamy też "Gazetę Polską", która w ostatnich miesiącach po latach lawirowania pomiędzy centrum a europejską lewicą nagle znowu koniunkturalnie przystroiła się w piórka antykomunistycznej i prolustracyjnej. Nic bardziej fałszywego. Z jednej strony Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny "Gazety Polskiej", występuje jako zwolennik jawności i przejrzystości życia publicznego, z drugiej - nie dalej niż kilka tygodni temu zamieszcza publikację Waldemara Łysiaka, kiedyś cenionego pisarza, który swoją wielkość rozmienił na drobne megalomanii i samozachwytu. I oto ten Łysiak na łamach tejże rzekomo prolustracyjnej "Gazety Polskiej" w niewybrednych słowach rozprawia się z ustawą o udostępnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa komunistycznego, między wierszami apelując wręcz, by prezydent Kaczyński nie podpisywał ustawy. Czego obawiają się ci "gorący lustratorzy" z "Gazety Polskiej", "Newsweeka", "Dziennika"? Dlaczego za wszelką cenę starają się skompromitować idee lustracji "wrzutkami" nie do końca zweryfikowanych dokumentów wymierzonymi w Kościół katolicki? Być może stanie się to jasne już w marcu tego roku, gdy w życie wejdzie ustawa o udostępnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa komunistycznego, a archiwa IPN zawierające esbeckie materiały staną się dostępne dla ogółu społeczeństwa, nie zaś tylko dla garstki wybranych dziennikarzy.
Wojciech Wybranowski
"Nasz Dziennik" 2007-01-09
Autor: wa