Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Są powody do... optymizmu

Treść

Tuż po losowaniu grup eliminacyjnych do Euro 2004 wydawało się, że złapaliśmy srokę za ogon. Los był bowiem łaskawy jak rzadko. Wszyscy zastanawiali się tylko, czy nasi piłkarze bezpośrednio awansują do finałów, czy też zajmą drugie miejsce, premiowane barażami. O San Marino nawet się nie wspominano, o Łotwie praktycznie też, Węgrzy zdawali się być do pokonania, pozostawał jedynie problem "szwedzki". Po pierwszych meczach Skandynawów i on mógł już zniknąć...

...Gdyby tylko Polacy rozpoczęli eliminacje udanie. Bo oto Szwedzi na początku zmagań zawiedli i to okrutnie. Tylko zremisowali w Rydze z Łotwą, później podzielili się punktami z Węgrami. Nasz najgroźniejszy - zdawało się - rywal stracił więc aż cztery pewne "oczka". Ale niestety nie popisali się i Polacy. Najpierw męczyli się i męczyli ze słabiutkimi amatorami z San Marino, dopiero w końcówce zapewniając sobie skromne zwycięstwo 2:0. A po miesiącu zaznali jednej z najboleśniejszych wpadek w historii - w Warszawie przegrali z Łotwą 0:1. Tuż po tym meczu do dymisji podał się trener-selekcjoner Zbigniew Boniek. Nastroje były fatalne, bo nie dość, że nasz narodowy zespół grał straszliwie, to jeszcze wokół niego była koszmarna atmosfera. Ale kto mógł się wtedy spodziewać, że właśnie kompromitacja z Łotyszami zadecyduje o naszym być albo nie być (konkretnie - nie być) w mistrzostwach Europy?
Następcą Bońka został Paweł Janas. Ale i on nie miał najszczęśliwszego debiutu w eliminacjach. Bezbramkowy remis z Madziarami zgodnie uznano za porażkę, a nastroje tylko nieznacznie poprawił pogrom San Marino (5:0). Kluczowy dla naszej przyszłości miał być więc czerwcowy pojedynek ze Szwedami, tym bardziej że Skandynawowie po nieudanym początku wracali do równowagi. I niestety sprowadzili nas na ziemię. I to brutalnie. 3:0 było łagodnym wymiarem kary, a wręcz symboliczna była trzecia bramka, którą praktycznie sam strzelił sobie Jerzy Dudek...
I teraz już nie mieliśmy wyjścia. Musieliśmy wygrać wszystko. Początek serii spotkań "o życie" był nawet udany - wrześniowe 2:0 w Rydze z Łotwą po niezłej grze było dobrym prognostykiem. Ale po czterech dniach znów przeżyliśmy koszmar: Szwedzi udzielili nam srogiej lekcji, wygrywając w Chorzowie 2:0. A mogli nawet 6:0.
Mimo to wciąż zachowaliśmy szansę awansu do baraży. Warunek był jeden: zwycięstwo w Budapeszcie z Węgrami i porażka Łotwy w Sztokholmie. Jak wszystko się skończyło, już wiemy.
Oczywiście możemy pomstować na Szwedów, że ci zachowali się ohydnie, że nawet nie starali się wykrzesać z siebie minimum ambicji i przyzwoitości, że poddali się Łotwie w sposób budzący nasz sprzeciw i odrazę. Możemy, ale przede wszystkim musimy uderzyć się we własne piersi. Bo te eliminacje przegraliśmy nie przez Szwedów, ale tylko i wyłącznie przez siebie. Zawalił Boniek, którego przygoda z kadrą była straszliwym niewypałem. Zawalił i Janas, który przez długi czas eksperymentował i eksperymentował, a dobrej recepty nie potrafił znaleźć. Paradoksalnie jednak selekcjoner zakończył eliminacje udanie i z podniesioną głową.
Jasne, nie możemy zachłystywać się jedną jedyną wygraną, ale właśnie sukces w Budapeszcie wlał w nasze serca nadzieję, że ta reprezentacja, i to pod wodzą Janasa, jeszcze coś może osiągnąć. Bo oto okazało się, że Polak potrafi: grać mądrze, efektownie, radzić sobie w trudnych momentach, wykorzystywać prawie wszystkie dogodne sytuacje strzeleckie, walczyć o zwycięstwo. Okazało się, że mamy (i to tuż pod nosem - w POLSKIEJ lidze) piłkarzy o naprawdę już niezłej klasie. Czwórka z Groclinu Grodzisk Wlkp. - Andrzej Niedzielan, Grzegorz Rasiak, Sebastian Mila i Radosław Sobolewski, wiślak Mirosław Szymkowiak w stolicy Węgier udowodnili, że na nich można budować reprezentację. A przecież jest jeszcze jeden grodziszczanin - Marcin Zając, są i krakusi - Maciej Żurawski, Arkadiusz Głowacki i Marcin Baszczyński (a jak wróble ćwierkają, wkrótce pod Wawel powróci i Kamil Kosowski, który tu odbuduje z pewnością formę), są wreszcie Marek Saganowski i Łukasz Surma z Legii Warszawa, Marcin Burkhardt z Amiki Wronki, Jacek Kowalczyk z Dospelu Katowice, Rafał Grzelak i Łukasz Madej z Lecha Poznań. To oni są przyszłością! Młodzi, ambitni, żądni sukcesów. Uzupełnieni najlepszymi zawodnikami z zagranicy: Jerzym Dudkiem, Jackiem Krzynówkiem, Jackiem Bąkiem, Tomaszem Rząsą, czy szalenie utalentowanym Ebim Smolarkiem mogą zajść daleko.
I to pod wodzą Janasa, który już bez szalonej presji, w spokoju powinien zbudować silną narodową drużynę. W tej chwili w Polsce nie ma lepszego kandydata na selekcjonera. Z wyjątkiem może Henryka Kasperczaka, ale ten ma ważny kontrakt z Wisłą Kraków do 2008 roku i zamierza go wypełnić. Jako że nie możemy liczyć na angaż szkoleniowca z zagranicy (PZPN broni się przed takim krokiem rękami i nogami) zostaje Janas i wcale nie jest to powód do tragedii. Wręcz przeciwnie.
Wygrana z Budapeszcie poprawiła atmosferę wokół kadry. Poprawiła nastroje i w samej kadrze, które obecnie są naprawdę dobre. Pokazała, że Polak potrafi. A to trzeba wykorzystać.
Choć obecnie jesteśmy przybici fatalnymi dla nas eliminacjami Euro 2004...
Piotr Skrobisz
Łotwa z Turcją!
Nasz Dziennik 14-10-2003

Autor: DW