Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Ratujmy, co się da

Treść

Z Andrzejem Jaworskim, posłem PiS, rozmawia Marcin Austyn
Tylko stworzenie odpowiedniego zaplecza naukowego i technologicznego jest w stanie uratować polskie stocznie - ocenia prof. Leonard Rozenberg z Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego. Pan podziela ten pogląd?
- W moim odczuciu, jeżeli pójdziemy drogą wskazaną przez pana profesora, to na terenie stoczni może i powstaną zakłady pracy, może będzie Specjalna Strefa Ekonomiczna, ale to w niczym nie zmieni tej sytuacji, że przemysłu stoczniowego nie będzie. Dla nas celem nadrzędnym jest przemysł stoczniowy. Ten przemysł rozwija się na świecie, przecież nowe stocznie są budowane. Ich rozwój powoduje rozrost kolejnych przedsiębiorstw. Wiemy, że każde miejsce pracy w stoczni generuje kilka następnych w kooperujących z nimi firmach.
Szczeciński samorząd chce m.in., żeby gmina przejęła nieruchomości wchodzące w skład tamtejszej stoczni, chce też objęcia ich Specjalną Strefą Ekonomiczną...
- Te plany idą w kierunku wskazanym przez prof. Rozenberga. To nie jest jednak kierunek, który doprowadzi do tego, że Stocznia Szczecińska nadal będzie istnieć, będzie zatrudniać ludzi i rozpocznie produkcję. Powstanie strefy, w której będzie ulokowana produkcja przemysłowa, ale też firm różnego rodzaju, może doprowadzić do tego, że odrodzenie stoczni będzie niemożliwe. Z argumentów prezentowanych przez lokalne władze wynika, że jest to ratowanie tego, co się da. Pozostaje pytanie, czy jest to krok we właściwym kierunku. Jeśli nie ma innej możliwości, to lepiej, by cokolwiek się działo, niż żeby po terenach postoczniowych hulał wiatr.
Co zatem należałoby zrobić, aby stocznie mogły produkować statki?
- W pierwszej kolejności trzeba zmienić prawo i doprowadzić do tego, by specustawa stoczniowa przestała funkcjonować. Ona może doprowadzić tylko do całkowitego zamknięcia przemysłu stoczniowego w Polsce. Z drugiej strony trzeba podjąć działania, by Komisja Europejska przestała stosować regulamin z 1997 roku zakazujący państwom dotowania przemysłu okrętowego. Obecnie nie mamy do czynienia z sytuacją, że jest jakaś konkurencja wewnątrz rynku. Jako Europa musimy być obecni na rynkach światowych, a tam, w krajach azjatyckich i Ameryce, przemysł stoczniowy jest dotowany. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by w dobie kryzysu takie rozwiązanie zastosować i u nas.
Rząd Donalda Tuska chce za wszelką cenę sprywatyzować stocznie. Ministerstwo Skarbu Państwa podało termin drugiego przetargu i z niego nie zrezygnuje...
- To, co się dzieje obecnie, trudno nazwać prywatyzacją. To jest wyprzedaż końcowych elementów z upadłego przedsiębiorstwa. Wyjściem jest np. próba sprzedaży lub wydzierżawienia tego majątku podmiotowi, który byłby w stanie produkować statki. Wiemy, że są firmy, które zgłaszają takie aspiracje. Potrzebna jest dobra wola i szybka reakcja urzędników.
Sądzi Pan, że produkcja statków w Szczecinie czy Gdyni na obecnym poziomie technologicznym jest możliwa?
- Przede wszystkim trzeba wyjść naprzeciw potrzebom rynku. Jest zapotrzebowanie na statki patrolowe, kutry rybackie czy statki specjalistyczne. Owszem, są to jednostki, które wymagają wyższych technologii, ale polskie stocznie są na to gotowe.
Możemy konkurować z azjatyckimi stoczniami?
- Skoro Norwedzy zamawiają statki w Gdańsku, to widać, że taka konkurencja jest możliwa. Kontrahenci wybierają dobrą, sprawdzoną polską jakość, nie zaś wielką niewiadomą z Azji.
Dziękuję za rozmowę.
"Nasz Dziennik" 2009-10-31

Autor: wa