Ratujmy, co się da
Treść
Z Markiem Dietlem z Instytutu Sobieskiego rozmawia Marcin Austyn Z czego, Pana zdaniem, wynikła brukselska porażka Aleksandra Grada w potyczce o stocznie z Neelie Kroes, unijną komisarz ds. konkurencji? - Moim zdaniem, dość dużą nieroztropnością było to, że nie zabezpieczyliśmy się na wszystkich możliwych frontach i myśleliśmy, że sprawę uda się załatwić za pomocą odrobiny uroku osobistego i szczytnej historii stoczni. Trudno wskazać jednoznacznie jednego winnego obecnej sytuacji - na pewno sytuacja ministra Grada jest arcytrudna. Nie byliśmy obecni przy rozmowach - zostają nam tylko spekulacje. Jedno jest pewne: Komisja Europejska nie rozkłada przed nami czerwonych dywanów. Prawda jest taka, że Polska w Unii Europejskiej nie jest potentatem, który może łatwo wywalczyć sobie wyjątkowe traktowanie. Myślenie, że w UE wszystkie kraje są równouprawnione, jest fikcją. Wiadomo, że to Niemcy, Francja mają dużo do powiedzenia, a my jesteśmy dopiero w drugiej lidze. Na razie mamy zapowiedź negatywnej rekomendacji programów na forum KE, ale już pojawiają się sygnały o awaryjnych rozwiązaniach... - Komisarz Kroes to osoba, która ma bardzo duże doświadczenie natury biznesowej, a w polityce jest właściwie od paru lat. Do tej pory dała się poznać jako osoba niezwykle konsekwentna i skuteczna. Nie jestem optymistycznie nastawiony i uważam, że również tym razem pani Kroes będzie się starać doprowadzić sprawę do końca. Zatem dobrze, że pojawiają się nowe pomysły na rozwiązanie problemu stoczni. Na bazie tego, co jest obecnie "na stole", trudno będzie uratować stocznie. Pana zdaniem, możliwe jest uratowanie wszystkich trzech stoczni? - Wydaje mi się, że na to może być już za późno. Bardzo długo uważałem, że zakres możliwych działań, jeśli chodzi o stocznie, jest jeszcze dość duży. Jednak po ostatnim fiasku w Brukseli mocno zmieniłem ten pogląd. Przyznaję, iż nie doceniałem powagi sytuacji. Mówi się, że największe szanse na przetrwanie ma Stocznia Gdańsk... - Każda ze stoczni ma duże znaczenie dla gospodarki regionu, w którym się znajduje. Ratujmy, co się da, wykorzystując wszystkie dostępne środki. Nawet jeśli argumenty ekonomiczne trzeba będzie zamienić na historyczno-polityczne. Jednak Stocznia Gdańsk jako jedyna jest sprywatyzowana... - Tak, ale została jej udzielona pomoc publiczna - łącznie w okresie od 1 maja 2004 r. do 31 lipca 2008 roku. Stocznie Gdynia i Gdańsk otrzymały nominalnie ponad 5,5 mld złotych. Dokończenie restrukturyzacji tych podmiotów, aby były gotowe do prywatyzacji, wymagało takich kwot. Niestety, Komisja Europejska uznała, że sposób udzielania pomocy publicznej, np. udzielanie jej również w czasie trwania postępowania wyjaśniającego, oraz jej wielkość (relacja między udziałem kapitału państwowego i prywatnego) były niezgodne z zasadami udzielania pomocy publicznej, więc pomoc powinna zostać zwrócona. Czy można zrobić dla naszych stoczni wyjątek? Wydaje się, że takiej woli nie ma... Dziś nie ma sensu pastwienie się ani nad ministrem Gradem, ani nie ma sensu, by on teraz pastwił się nad swoimi poprzednikami. To nic nie zmieni. Raczej powinniśmy się jeszcze spiąć i ratować, co się da, by nie dopuścić, żeby stocznie zostały rozprzedane za bezcen. Dziękuję za rozmowę. "Nasz Dziennik" 2008-10-04
Autor: wa