Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Przed nami przyszłość

Treść

Rozmowa z Michałem Jureckim, piłkarzem ręcznym Vive Kielce

Gdyby miesiąc temu ktoś powiedział Panu, że powróci z mistrzostw świata ze srebrnym medalem - uwierzyłby Pan?
- Szczerze? Każdy z nas jechał na mistrzostwa z nadzieją na jak najlepszy wynik. Chcieliśmy walczyć o medal i nie były to wcale czcze przechwałki. Być może nie mówiliśmy tego głośno, ale wierzyliśmy w swoje umiejętności.

Ostatnie lata nie były dla polskiej piłki ręcznej najlepsze, sukcesów brakowało, kondycja dyscypliny podupadała. Tymczasem wy, na przekór trudnościom, staliście się rewelacją mistrzostw. Co o tym zadecydowało?
- Zespół był budowany od kilku lat. Trener Wenta zgromadził sztab współpracowników, który sobie nawzajem zaufał i robił wszystko, by zamierzony cel osiągnąć. Pierwszym przełomem było zwycięstwo nad bardzo mocną Szwecją w eliminacjach do mistrzostw Europy w Szwajcarii. Później wygrywaliśmy z teoretycznie silniejszymi rywalami w meczach towarzyskich, co pokazywało, iż stać nas na wiele. Turnieje udowadniały, że możemy zagrać dwa znakomite spotkania, ale trzecie zwykle było w naszym wykonaniu kiepskie. Brakowało nam stabilizacji formy. Jadąc na mistrzostwa, wiedzieliśmy, iż nie możemy sobie pozwolić na chwile słabości. Trzeci z kolei wypadał pojedynek z Niemcami, decydujący o pierwszym miejscu w fazie grupowej. Wygraliśmy go po świetnej grze i to był jeden z najważniejszych momentów na imprezie. Uwierzyliśmy w siebie. Później przyszła dotkliwa porażka z Francją. I to był prawdziwy przełom. Musieliśmy się podnieść, szybko zapomnieć o niepowodzeniu, pokazać charakter. Przed nami były bowiem kolejne mecze, wciąż mogliśmy myśleć o sukcesach. I tak się stało.

Z trenerem Wentą pracujecie nie tylko nad taktyką, ustawieniem na parkiecie, ale i mentalnością. To być może jest jeden z kluczy do sukcesu?
- Przed każdym meczem mamy odprawę, na której trener przygotowuje nas psychicznie do pojedynku, ostrej walki. I to się na pewno przekłada na naszą postawę na parkiecie. Kluczem do sukcesu był jednak przede wszystkim fakt, iż tworzymy zespół. U nas nawet drugi "garnitur" potrafi grać znakomicie, czasami decydować o końcowym zwycięstwie. "Razem wygrywamy, razem przegrywamy" - to nasze motto.

Czego zabrakło w finałowym boju z Niemcami?
- Bardzo chcieliśmy pokazać, że jesteśmy lepsi, może za bardzo. Popełniliśmy sporo błędów, Niemcy je bezlitośnie wykorzystali. Zabrakło też nieco szczęścia, które w sporcie również jest potrzebne.

Jak odbieraliście otoczkę mistrzostw, przycinki i złośliwości niemieckiej prasy, wrogość kibiców, dziwne decyzje sędziów, zwykle sprzyjające gospodarzom?
- Próbowaliśmy się od tego odciąć, nie myśleć, ale było to niemożliwe. Tak naprawdę każdy z nas dużo się zastanawiał nad tym i... dzięki temu wychodziliśmy na parkiet z jeszcze większą agresją, wolą walki i sercem. Chcieliśmy grać i wygrywać na przekór wszystkim, rosła w nas sportowa złość.

Najbardziej niezwykły pojedynek to oczywiście mecz z Danią. Dwie dogrywki, niesamowita walka, a przecież przed tym starciem trzon reprezentacji się rozchorował.
- No tak. Wszyscy co prawda mogliśmy grać, ale kilku z nas było bardzo osłabionych. Tu wielkie słowa uznania dla sztabu medycznego, który postawił nas na nogi. Przyznam, że tuż przed meczem, w szatni, czułem jeszcze chorobę, ale kiedy wyszedłem na parkiet i zobaczyłem pełne trybuny, całkowicie o niej zapomniałem. Zastanawiałem się tylko, jak zagrać, by wygrać. Na boisku nikt już nie myślał o bólu, osłabieniu. A sam pojedynek; faktycznie, był niesamowity.

Co takiego ma w sobie trener Wenta, że mu w pełni zaufaliście?
- W kadrze panują świetne relacje, wszyscy doskonale się dogadujemy. Nie ma grupek, trzymamy się razem. Bogdan Wenta jest bardzo energicznym trenerem, podczas meczu biega, skacze koło ławki i to widać. Żyje i gra razem z nami i to nam pomaga. Jest kolejnym zawodnikiem na parkiecie. O jego warsztacie wspominać nie muszę, jest świetny.

Podnieśliście sobie wysoko poprzeczkę.
- Ale po to pracowaliśmy. Po to były wszystkie poświęcenia, wyrzeczenia, długie zgrupowania, podczas których nie widywaliśmy najbliższych. Na mistrzostwach w Niemczech nasz zespół dojrzał i jestem pewien, że sprawimy jeszcze niejedną niespodziankę. Mamy młody skład, przed nami przyszłość. Oby tylko ten sukces oznaczał lepsze dni dla całej polskiej piłki ręcznej. Gdy byliśmy w Niemczech, docierały do nas słuchy o tym, jak nasze występy są odbierane w Ojczyźnie. I nie byliśmy tego świadomi, dopóki nie wróciliśmy do kraju. Mamy teraz pełne ręce roboty, spotkania z kibicami, wywiady, staliśmy się medialni (śmiech). To fajne uczucie, ale na tym się nie kończy nasza praca. Każdy chce iść dalej, rozwijać się. Nikt nie zadowala się wicemistrzostwem świata. Przed nami nowe cele.

Szczególnie jeden - olimpiada. Chcielibyście w jej finale zmierzyć się z Niemcami?
- Pewnie! Na razie jednak do igrzysk musimy się zakwalifikować, a droga jest daleka. Ale dla nas każdy mecz z Niemcami będzie rewanżem za finał.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
"Nasz Dziennik" 2007-02-15

Autor: wa