Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Problem z drużyną

Treść

I oto mamy problem. Adam Małysz skacze nierówno, raz świetnie, raz znowu słabiej, Robert Mateja błysnął jedynie w dwóch konkursach, poza tym jest kiepsko, pozostali nasi reprezentanci spisują się fatalnie. A miało być inaczej. Lepiej. Dużo lepiej. Czy będzie - tego nie wiadomo. A wielkimi krokami zbliża się najważniejsza impreza sezonu - mistrzostwa świata.
Prezes Polskiego Związku Narciarskiego Paweł Włodarczyk przed sezonem nie ukrywał: - Chcemy, by Małysz walczył o najwyższe cele, jeden zawodnik o miejsce w piętnastce, a kolejny
- w trzydziestce Pucharu Świata. I owszem, w pierwszym konkursie Turnieju Czterech Skoczni w Oberstdorfie tak było. Małysz zajął trzecie miejsce, Mateja - czternaste, a Krystian Długopolski
- dwudzieste ósme. Niestety, był to jedyny taki konkurs w sezonie. Poza nim - oprócz naszego najlepszego skoczka - do finałowej serii ktoś (czyli tylko Mateja) awansował sporadycznie.
Gdy Heinz Kuttin obejmował stery naszej reprezentacji, mocno podkreślał, że najważniejszym zadaniem będzie dla niego budowa silnego zespołu, liczącego przynajmniej czterech dobrych zawodników, skaczących równo, walczących o dobre lokaty. Wydawało się to realne, tym bardziej że Austriak miał się czym pochwalić. W lutym ubiegłego roku w norweskim Strynie z polskimi juniorami sięgnął przecież po srebrny medal mistrzostw świata (przegrywając tylko ze swymi szalenie mocnymi młodszymi rodakami), a prowadzony przez niego Mateusz Rutkowski na tej imprezie nie miał sobie równych. Ba, wygrał m.in. z jednym z najlepszych skoczków świata, Thomasem Morgensternem z Austrii. Droga do realizacji zamierzonych celów wydawała się łatwiejsza.
Na razie jest z tym problem. Prócz Małysza (który i tak spisuje się ciut poniżej oczekiwań), rzadko Matei - Polacy są na zawodach niewidoczni, zajmują ostatnie lokaty. Podczas sobotniego - pierwszego w sezonie - konkursu drużynowego w Willingen nasi reprezentanci zajęli fatalne, dziesiąte miejsce. Wygrali jedynie z Kazachami, a przegrali z Rosjanami, Szwajcarami, Słoweńcami, Czechami.
Owszem, Polacy pojechali do Niemiec w składzie "eksperymentalnym". Do pewnych swych pozycji Małysza i Matei dołączyli mający ostatnio problemy różnej natury Rutkowski oraz Stefan Hula. Trenerzy liczyli, że z tej mąki może być chleb, a dziś mają dodatkowy ból głowy. Małysz skakał nieźle, ale to "nieźle" wystarczyło na przedostatnie miejsce w "drużynówce" i dziewiąte w konkursie indywidualnym. Mateja - fatalnie. Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, gdy nie zdołał awansować do serii finałowej. Rutkowski - jeszcze jako tako w sobotę, dzień później już bardzo źle. Nie przebrnął kwalifikacji. A Stefan Hula udowodnił, że jeszcze nie dorósł do pucharowej rywalizacji. Za każdym razem oddawał najkrótsze skoki.
Najgorsze jest to, że tak naprawdę innych kandydatów do pierwszej reprezentacji nie widać. Zapewne szanse dostanie 17-letni Paweł Urbański, który pod koniec grudnia wygrał konkurs Pucharu Kontynentalnego w szwajcarskim Engelbergu. Dostanie ją i jego rówieśnik Kamil Stoch, który dwa dni przed Urbańskim był trzeci w zawodach PK w Sankt Moritz.
Jest jeszcze Klimek Murańka, który zasłynął tym, że we wrześniu ubiegłego roku skoczył na Wielkiej Krokwi 135 m. Jest tylko jeden mały szkopuł. Dzieciak ma dopiero 10 lat...
Trener Heinz Kuttin prosił, aby na pierwsze oceny jego pracy poczekać do Turnieju Czterech Skoczni. Biorąc pod uwagę wszystkie "za" i "przeciw", na razie można Austriakowi postawić szkolną tróję z plusem, licząc jednak, że niedługo ją poprawi.
"Niedługo" znaczy już za miesiąc. W lutym w Oberstdorfie rozegrane zostaną mistrzostwa świata. Dwóch złotych medali bronić będzie Adam Małysz. Kuttin obiecał, że szczyt formy polskich skoczków przypadnie na tę właśnie imprezę.
Piotr Skrobisz

"Nasz Dziennik" 2005-01-11

Autor: kl