Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Prężenie muskułów

Treść

Cały dzień trwały wczoraj w Sejmie dywagacje o tym, czy powstanie koalicja Prawa i Sprawiedliwości z Platformą Obywatelską. Nerwową atmosferę potęgowały jeszcze przedłużające się w nieskończoność obrady Zarządu Krajowego PO, odwołanie wspólnej konferencji prasowej Kazimierza Marcinkiewicza i Jana Rokity czy pogłoska o tym, że PiS zgłosi kandydaturę Józefa Zycha na marszałka Sejmu. Kiedy jednak zajrzeliśmy za kotarę tego teatru negocjacji, sytuacja wyglądała już nieco inaczej. Dokończenie pierwszego posiedzenia Sejmu ma dziś potwierdzić, że w ciągu kilku dni powstanie nowy rząd koalicji dwóch największych ugrupowań w parlamencie. Ostateczne szczegóły tego porozumienia mieli ustalać późnym wieczorem liderzy obu partii.
Kryzys w niepowstałej w zasadzie koalicji rządzącej zaczął się na dobre jeszcze w poniedziałkowe południe, gdy Jan Rokita podczas wspólnej konferencji prasowej z desygnowanym na premiera Kazimierzem Marcinkiewiczem wygłosił teorię, którą w kuluarach proponuje się już wpisać do annałów historii myśli politycznej. W konstrukcji "im więcej przegramy, tym więcej nam się należy" trudno bowiem dopatrzyć się logiki, o której wspominał podczas wystąpienia wiceszef Platformy Obywatelskiej. Po takim wstępie przez cały dzień pracowały zespoły ekspertów obu ugrupowań i wydawało się, że mimo kłopotów plan przyszłego premiera, według którego najpóźniej w sobotę powstałby rząd, jest realny. Do czasu.

Warunki Rokity
Wieczorem w poniedziałek Rokita ogłosił w TVP de facto "warunki brzegowe" PO - bez ich spełnienia Platforma nie widzi swego udziału w rządzie. Chodzi o stołki. - PO nie zgadza się, aby w rękach PiS znalazły się równocześnie: Ministerstwo Sprawiedliwości, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz służby specjalne - oświadczył kandydat na wicepremiera. Także toczące się prace ekspertów nie są jego zdaniem "przesadnie optymistyczne". Groził, że utrzymanie pełnej władzy w ręku PiS musi oznaczać, iż samo będzie tworzyć nowy rząd. - Zwyciężyliście, ale przewróciło się wam w głowach - powiedział Rokita do Marcinkiewicza. Nie zabrakło po raz kolejny sformułowania, że w wypadku braku daleko idących ustępstw dla PO "Polska ma kłopot z monopolem rządów PiS".

Przeciąganie resortów
W tej sytuacji ani Rokity, ani jego partyjnych kolegów nie mogła zadowolić propozycja, jaką w okolicach wczorajszego południa przedstawił Marcinkiewicz. Według niej, PO miałaby otrzymać siedem z szesnastu resortów w nowym rządzie plus oczywiście tekę jedynego wicepremiera. Kandydaci PO byliby ministrami w dwóch z trzech resortów gospodarczych: na pewno w Ministerstwie Finansów (Hanna Gronkiewicz-Waltz) i albo Skarbu Państwa, albo gospodarki. Wydaje się niemal pewne, że PO wzięłaby to drugie, bo w kwestii prywatyzacji ewentualnych koalicjantów dzieli przepaść, a do resortu gospodarki od dawna przymierzany jest Zbigniew Chlebowski. Także dyplomacja dostałaby się Platformie i tutaj być może tekę objąłby sam Rokita. Ale tylko "być może", bo zupełnie nowym pomysłem byłoby ministerstwo rozwoju regionalnego dla tego polityka.
- Skoro nie dostalibyśmy MSWiA, to taką nominacją podkreślilibyśmy znaczenie wykorzystania i dystrybucji środków unijnych, które tak kuleją - powiedział nam jeden z polityków PO. Dodał, że oczywiście potrzebna byłaby tu zgoda samego Rokity, a ten nieufnie patrzy na wszelkie pomysły, które zyskują choćby minimalne poparcie w otoczeniu Donalda Tuska. - Zdaje sobie sprawę, że może być w każdej chwili odsunięty od tego, co dzieje się w partii, i stracić resztki swoich wpływów - dodał nasz informator.
Gdyby jednak udało się przekonać Rokitę do tego pomysłu, szefem MSZ zostałby albo Władysław Bartoszewski, albo Jacek Saryusz-Wolski. PO miałaby też otrzymać resort zdrowia (być może Zbigniew Religa i realizacja pomysłu PO na naprawę Narodowego Funduszu Zdrowia), edukacji narodowej, sportu (Mirosław Drzewiecki) i kultury. Ale Platforma żąda jeszcze przynajmniej jednego resortu, by mieć przewagę w rządzie. Wśród nich wymienia się koordynatora ds. służb specjalnych i Ministerstwo Obrony Narodowej. Ten ostatni miałby być zadośćuczynieniem dla Bronisława Komorowskiego za konieczność wycofania wniosku o powołanie go na marszałka Sejmu.

Sejmowy dzień prawdy
Od dawna było wiadomo, że pierwszym powyborczym testem ewentualnej koalicji będzie dokończenie przerwanego na tydzień pierwszego posiedzenia nowego Sejmu, z wyborem marszałka na czele. Przypomnijmy, że przed tygodniem Ludwik Dorn (PiS) zgłosił wniosek o przerwę zaraz po tym, jak PO zaproponowała kandydaturę Komorowskiego. PiS nie zgadzało się na nią wtedy, nie zgadza i teraz. Od niedzieli powtarza: "Naturalnym kandydatem PO na marszałka Sejmu powinien być Donald Tusk". Działacze PO, którzy obradowali od rana na Zarządzie Krajowym, musieli więc być zaskoczeni, gdy dotarła do nich wiadomość, że PiS ma zamiar zgłosić dziś... Józefa Zycha.
Według naszych informacji, ostatecznie partyjni koledzy przekonali Tuska, że powinien zostać marszałkiem Sejmu. Dziś rano ma zostać wycofany wniosek o powołanie Komorowskiego i zgłoszony nowy. Wspólne głosowanie za kandydaturą niedawnego rywala Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich ma być "ważnym krokiem na drodze do stworzenia wspólnego rządu".
Mikołaj Wójcik

"Nasz Dziennik" 2005-10-26

Autor: ab