Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Prawo chroni demoralizatorów

Treść

Brak spójnych uregulowań, a nade wszystko indolencja wymiaru sprawiedliwości powoduje, że każda najbardziej obsceniczna treść może pojawić się na billboardach niemal w każdym punkcie naszych miast. Od kilku tygodni przechodniów szokuje pornograficzny plakat reklamujący jedno z "pism", umieszczony m.in. na nośnikach firmy AMS, która należy do Agory, wydawcy "Gazety Wyborczej". Sytuacji w stolicy nie poprawi raczej zarządzenie przygotowywane w Biurze Naczelnego Architekta Miasta, które prawdopodobnie w listopadzie trafi do prezydenta.
Wolnoamerykanka, wszystko jest dozwolone - tak można określić sytuację w Polsce dotyczącą kwestii reklam zewnętrznych. W świetle kodeksu karnego publiczne prezentowanie treści nieprzyzwoitych jest przestępstwem z art. 202 paragraf 1.
Jak więc to możliwe, że w państwie prawa treści takie są prezentowane także dzieciom i młodzieży?
Obecnie nie ma jednolitego zbioru przepisów dotyczących kwestii reklam zewnętrznych, są one rozproszone m.in. w ustawie o drogach publicznych, prawie budowlanym, ustawie o planowaniu przestrzennym. Nie ma również jednej osoby podejmującej decyzję odnośnie do billboardów. Chcąc umieścić planszę, trzeba przede wszystkim uzyskać zgodę zarządzającego terenem. Jeżeli jest to działka prywatna - sprawa jest oczywista, decyduje właściciel. Jeżeli jest to grunt miejski, najczęściej decyduje Zarząd Dróg Miejskich albo Biuro Gospodarki Nieruchomościami. W warszawskim Biurze Naczelnego Architekta Miasta w zeszłym roku został powołany Wydział Estetyki Przestrzeni Publicznej, współdziałający z jednostkami miejskimi, które udostępniają przestrzeń na reklamy. Wydział wydaje wiążącą opinię, czy dana przestrzeń może być udostępniona.

Bezsilne miasto, niechętne sądy?
Miasto nie ma jednak możliwości ingerowania w treści reklam. Stanu tego nie zmieni nowe zarządzenie przygotowywane w biurze naczelnego architekta Warszawy.
W obecnej sytuacji prawnej możemy mieć do czynienia z absurdem, kiedy miasto najpierw wydaje zgodę na umieszczenie reklamy, a potem zawiadamia o szerzeniu niemoralnych treści. Wszystko dlatego, że formalnie firma otrzymuje pozwolenie na umieszczenie nośnika reklamy, czyli pustego billboardu.
- Miasto nie ma narzędzi prawnych, aby opiniować treść reklamy. Dopiero post factum można dokonać zgłoszenia, że zostało popełnione przestępstwo - mówi Tomasz Gamzyk, naczelnik warszawskiego Wydziału Estetyki Przestrzeni Publicznej.
- Miasto często zastrzega sobie w umowach, że nie mogą być wywieszane treści nieobyczajne, tylko że zawsze potem zaczyna się dyskusja: jedni są oburzeni, innym to nie przeszkadza. Biegli sądowi najczęściej zaliczają się do tej drugiej grupy - dodaje Gamzyk.
W polskim systemie prawnym bardzo trudno jest wyegzekwować, by publicznie nie były prezentowane treści szkodliwe dla dzieci i młodzieży.
Warszawski Wydział Estetyki Przestrzeni Publicznej kilkakrotnie kierował na policję czy też do sądu grodzkiego zawiadomienia dotyczące obscenicznych treści reklam. Sprawy utknęły w martwym punkcie.
- Są przepisy prawne, które regulują treść reklam. Mają tu zastosowanie przepisy kodeksu karnego mówiące o szerzeniu treści nieprzyzwoitych. Mamy tu do czynienia z kwalifikowaną formą prezentowania tych treści osobom, które sobie tego nie życzą. To jest tylko kwestia dobrej woli organów w Polsce, aby niemoralna reklama była ścigana - wskazuje poseł Mariusz Grabowski (KP Porozumienia Polskiego) z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu.
Według posła Dariusza Grabowskiego, w Polsce mamy do czynienia z tendencją wymiaru sprawiedliwości do przymykania oczu na treści nieobyczajne. - W zakresie rozpowszechniania treści nieobyczajnych i pornograficznych w Polsce jest łamane prawo karne. Obserwując tę sytuację, można odnieść wrażenie, że jest to odgórna linia polskiego wymiaru sprawiedliwości - podkreśla Grabowski, który dodaje, że przez 50 lat PRL-u i niemal przez cały czas od Okrągłego Stołu polskim wymiarem sprawiedliwości kierują ludzie wrogo nastawieni do moralności katolickiej. - Z doświadczenia parlamentarnego widzę, że w walkę tę angażują oni instytucje państwa. Jeśli prokurator mówi, że nie może być wszczęte postępowanie o przestępstwo pornografii, bo w kodeksie karnym nie ma definicji pornografii, to kwalifikuje go to do odsunięcia od zawodu, bo jest to manipulacja instytucją wymiaru sprawiedliwości. Co jest przestępstwem pornografii, określa doktryna prawna. Kodeks nie zawiera definicji wielu przestępstw pospolitych - tłumaczy Grabowski.
Według warszawskich urzędników, dbanie o to, by treści billboardów były cywilizowane, wymaga ograniczenia ilości tych powierzchni, co ułatwiłoby ich kontrolę. W tym słusznym kierunku idą przepisy zarządzenia opracowywanego w biurze naczelnego architekta Warszawy. Ograniczenia ilościowe są niezbędne, lecz w opinii wielu niewystarczające. - Nie jest to prawda, że nie można nic zrobić, że miasto nie może ingerować w treść reklam. Czy wyraziłoby zgodę na reklamę tzw. antysemicką? Wszystko zależy od szacunku władz do siebie samych i do wyborców - wskazują mieszkańcy. Poseł Grabowski zaznacza, że prezydenci miast, w przeciwieństwie do obywatela, mają możliwość, by wywrzeć skuteczny nacisk na reklamodawców, którzy demoralizują. Reklamują się przecież firmy, zarejestrowani przedsiębiorcy, a to od miasta zależy, w jaki sposób prowadzona jest działalność gospodarcza na jego terenie i jakie środki są do tego wykorzystywane.
Beata Andrzejewska



Czas na porządek
Sprawę demoralizującej reklamy zewnętrznej komentuje Andrzej Lewandowicz, publicysta, autor publikowanego na naszych łamach tekstu "Outdoor - medialny terroryzm":

Niestety, władze miasta Warszawy zapomniały, że nie liczy się tylko pieniądz, a wartości wyższe, które trudno przeliczyć na mamonę. Problemy moralne, etyczne czy chociażby estetyka miasta gdzieś umykają. Trudno spotkać taki śmietnik nawet w wielkich miastach w USA.
Dobrze, że naczelny architekt miasta Warszawy zamierza uregulować kwestię lokalizacji reklam, ale to stanowczo za mało, przecież chodzi również o ich treść, która niejednokrotnie szokuje.
Nawet jeśli firmy reklamowe, które obecnie wywierają naciski na władze Warszawy, aby branża reklamy zewnętrznej nie musiała liczyć się z żadnymi ograniczeniami, podają za koronny argument 15 mln zł, które wpływa do kasy miasta za dzierżawę (suma śmieszna w por. z wydatkami miasta), czy nie są to jednak "brudne pieniądze" zarobione na propagowaniu demoralizacji i rozwiązłości? Jak przecież wyliczyć straty moralne, jakie powoduje deprawacja dzieci i młodzieży, która siłą rzeczy styka się z obscenicznymi treściami reklam na ulicy?
Czy ten klimat sprzyja wychowaniu? Co powie na przykład matka dziecku, przemykając obok takiej reklamy?
not. BA

"Nasz Dziennik" 08-10-2004

Autor: Ku8a