Polscy bohaterowie
Treść
Kiedy w połowie stycznia ubiegłego roku Raul Lozano obejmował stery w siatkarskiej reprezentacji Polski, nie obiecywał, że za kilkanaście miesięcy prowadzona przez niego drużyna zawojuje świat. Przyznawał jednak, iż widzi w niej ogromny potencjał, dający nadzieję, że może liczyć się w walce o najwyższe lokaty najpoważniejszych imprez. W niedzielę wraz ze swymi podopiecznymi odebrał srebrny medal zakończonych w Japonii mistrzostw świata. Polska siatkówka wróciła na salony i to w równej mierze zasługa rewelacyjnego argentyńskiego trenera, jak i zawodników. Obie strony sobie zaufały i efekty przeszły oczekiwania.
Te były duże - to prawda. Sami siatkarze po cichu nie ukrywali, iż jadą do Japonii powalczyć o coś więcej niż oficjalnie deklarowane miejsca 5-6. Czuli, że są w formie, stać ich na wiele i że mogą sprawić niejedną niespodziankę. Dla kilku z nich była to być może ostatnia szansa na podium prestiżowej imprezy, dla innych wspaniały wstęp do równie wspaniałej kariery. Wszyscy szansę wykorzystali.
W styczniu 2005 r. Zarząd Polskiego Związku Piłki Siatkowej rozpisał konkurs na stanowisko selekcjonera naszej reprezentacji. Swe oferty złożyło wielu znakomitych i uznanych w świecie fachowców, m.in. Serb Zoran Gajić i Lozano. Faworytem zdawał się być ten pierwszy, mający na koncie więcej spektakularnych sukcesów. Szybko okazało się jednak, iż włodarze PZPS bardziej przychylnym okiem spoglądają na Argentyńczyka, a Gajić tak naprawdę czeka na sygnał od federacji rosyjskiej, by w każdej chwili podpisać z nią umowę. Tak też się stało.
17 stycznia Lozano oficjalnie został trenerem naszej narodowej drużyny. Natychmiast obwieścił swoją filozofię pracy, w której jest miejsce na pot i wyrzeczenia, a nie na zabawę i lekceważenie obowiązków. Wprowadził ostry regulamin, którego musiał przestrzegać każdy kadrowicz. Dla niesubordynowanych nie przewidywał taryfy ulgowej.
Zanim przejął reprezentację Polski, przez kilkanaście lat pracował w najbogatszej i najlepszej lidze świata - włoskiej Serie A. Z sukcesem doprowadził zespół Misura/Milan Volley do klubowego mistrzostwa świata i Pucharu Zdobywców Pucharów, Lube Banca Macerata oraz Iveco Palermo do Pucharu Konfederacji, a Sisley Treviso - mistrzostwa Włoch i finału Ligi Mistrzów. Nie dziwi fakt, iż językiem włoskim posługuje się w stopniu doskonałym i nie powinno dziwić, że stał się on językiem urzędowym i w naszej reprezentacji. Z komunikacją nie ma problemu, wszak kilku zawodników gra bądź grało na Półwyspie Apenińskim.
Początki pracy Lozano nad Wisłą nie były najłatwiejsze. Siatkarzom, choć z niejednego pieca chleb jedli, pewnie trudno było przyjąć tak ostry regulamin, w którym karę można otrzymać za dzwonek telefonu komórkowego podczas pory odpoczynku po ciężkim treningu. Trener zmusił swych podopiecznych do wyrzeczeń, morderczej niemal pracy. Ale z każdym upływającym dniem rosło wzajemne zaufanie. Zawodnicy zauważyli, że ich poświęcenie ma sens, iż przynosi efekty. Zawsze mieli talent i możliwości, by grać na wysokim poziomie. Wiedzieli o tym, wiedzieliśmy i my. Polska drużyna uchodziła za groźną dla najlepszych, ale była chimeryczna. Zdarzały się jej zaskakujące wpadki, nie potrafiła ustabilizować się na określonym poziomie. Pod okiem Lozano to się zmieniło.
Trener - jak obiecał - wymagał od swych podopiecznych wiele i był surowy. Gdy tuż przed ubiegłorocznymi mistrzostwami Europy Łukasz Kadziewicz, Krzysztof Ignaczak i Andrzej Stelmach złamali zasady, nie wahał się ich odsunąć od zespołu. Być może ktoś inny sprawę by załagodził, bo istniało ryzyko znacznego osłabienia ekipy. Argentyńczyk się nie złamał, bo wyznaje pogląd, iż wszyscy muszą się szanować, a regulamin nie służy jemu, tylko dobru drużyny. I wygrał. Kadziewicz i Ignaczak przeprosili później za swe zachowanie, szkoleniowiec nie żywił urazy.
Dziś nasi zawodnicy nie wyobrażają sobie innej osoby na trenerskiej ławce. Obie strony w pełni obdarzyły się zaufaniem i to procentuje z każdym wspólnie przepracowanym dniem. Lozano dba o dobro swych podopiecznych, o każdy szczegół, który może pomóc w podniesieniu ich umiejętności i jak najlepszym przygotowaniu do najważniejszych zawodów. Sprawdza m.in. długość łóżek w hotelowych pokojach, by zawodnicy mogli odpoczywać oraz spać spokojnie i wygodnie.
Zażądał, by rozgrywki ligowe ruszyły w Polsce po zakończeniu mistrzostw. Choć wiele klubów było przeciwnych, cel osiągnął. Kilka miesięcy pracy z kadrą zaowocowało medalem mistrzostw świata. Prowadzoną przez niego drużynę porównuje się z legendarną ekipą Huberta Wagnera. To największe z możliwych wyróżnienie.
Nasi siatkarze przeszli przez japońskie mistrzostwa jak burza. W pierwszej fazie turnieju wygrali wszystkie pięć meczów, nie tracąc nawet seta. Powie ktoś - mieli łatwych rywali. Prawda, ale z takimi również trzeba umieć wygrywać, ani na moment się nie dekoncentrując. W drugiej rundzie w najważniejszym meczu turnieju pokonali Rosję, a później zdeklasowali Serbię i Czarnogórę. Niezwykły mecz z Rosjanami (od 0:2 do 3:2) przeszedł do historii także z tej racji, iż po drugiej stronie statki stał Zoran Gajić. A potem był wygrany półfinał z Bułgarią i finał, w którym Polacy nie mieli szans w starciu z Brazylią. Zdobyli srebrne medale. Przywrócili naszej siatkówce jej dawne miano. To wspólny sukces wielkiego trenera i wielkich zawodników, którzy spotkali się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie.
Teraz marzą o kolejnych wyczynach. Wspólnych oczywiście. Celem jest Pekin i igrzyska olimpijskie.
Piotr Skrobisz
"Nasz Dziennik" 2006-12-05
Autor: wa