Po cichu w to wierzyłam
Treść
- przyznaje Krystyna Pałka, mistrzyni Europy juniorek w biatlonie
Początek tego roku był dla Krystyny Pałki - jednej z nadziei polskiego biatlonu - doskonały. Na rozgrywanych pod koniec stycznia w Haute Maurienne (Francja) mistrzostwach świata juniorów zajęła czwarte (bieg sprinterski na 7,5 km) i piąte (na dochodzenie na 10 km) miejsce, a trzy tygodnie później - w Raubiczach na Białorusi - była jedną z gwiazd juniorskich mistrzostw Europy. Najpierw zdobyła srebrny medal w biegu na dochodzenie, a później już złoty w sprincie.
- I to były ważne sukcesy - mówi sympatyczna zawodniczka katowickiego AZS AWF. - Utwierdzające w przekonaniu, że dotychczas wykonana ciężka i mozolna praca nie poszła na marne, motywujące do dalszych treningów. A przy okazji pokazujące, że są perspektywy, że mogę w tym sporcie coś osiągnąć. To bardzo cieszy i daje ogromną satysfakcję.
Spodziewała się Pani takich sukcesów?
- Po cichu. Do tego sezonu przygotowałam się bardzo starannie, wykonałam kawał pracy i miałam nadzieję, że może to przynieść efekty. Ale że aż tak dobre - nie sądziłam. Na mistrzostwach Europy biegało mi się doskonale, dobrze przy tym strzelałam, co wcześniej nie zawsze było moją mocną stroną. Przyznam jednak szczerze, że do dziś nie mogę sobie darować "tylko" czwartego miejsca na mistrzostwach świata. Do brązowego medalu zabrakło mi bowiem zaledwie 0,8 sekundy, do srebrnego 2 sekund. To zabolało...
Który występ dał Pani najwięcej radości?
- Trudno powiedzieć. Z jednej strony zostałam mistrzynią Europy, stanęłam na najwyższym stopniu podium, mogłam wysłuchać "Mazurka Dąbrowskiego", co było momentem niezapomnianym i wyjątkowym. Z drugiej jednak, jest to czwarte miejsce na MŚ, imprezie o większej randze i prestiżu, do tego wywalczone w tak dramatycznych okolicznościach. Naprawdę, sama nie wiem.
Co ciekawe, po swoje medale na ME sięgała Pani w tych samych dniach - tylko kilka godzin później - co Tomasz Sikora. Taka mobilizacja ze strony utytułowanego kolegi z reprezentacji?
- Faktycznie, zabawnie to wyglądało. Tomek był drugi w sprincie, no to po chwili powtórzyłam jego wyczyn. Następnego dnia Tomek wygrał bieg na dochodzenie, wygrałam go i ja. Szkoda, że do końca mistrzostw nie udało mi się iść w jego ślady, ale i tak nie mam co narzekać. Choć byłam blisko, bo w rywalizacji na 12,5 km, w której zajęłam czwarte miejsce, miałem najlepszy czas biegowy. Popełniłam jednak za dużo błędów na strzelnicy. Ale tak - odpowiadając jeszcze na pytanie - sukcesy Tomka mobilizowały, i to bardzo.
Od jak dawna trenuje Pani biatlon?
- Od 16. roku życia. Początki były może troszkę przypadkowe, po prostu w mojej miejscowości - Czerwiennem koło Zakopanego - powstał Uczniowski Klub Sportowy z sekcją biatlonu. Zapisałam się, rozpoczęłam treningi i zostałam. W mojej rodzinie nie było sportowych tradycji, więc decyzja ta była zaskakująca, ale dziś najbliżsi są moimi największymi kibicami.
To bardzo piękna, ale i wymagająca dyscyplina. Zabiera wiele czasu, a młody człowiek przecież go łaknie jak nikt?
- To prawda. W domu jestem rzadko, większość dni w roku spędzam na zgrupowaniach i zawodach. Nie mam też zbyt dużo czasu na rozrywki, kino czy dyskoteki. Ale nie żałuję swego wyboru, bo to piękny sport. Ciężki, wymagający wiele pracy i wyrzeczeń, przy tym lekko nieprzewidywalny.
Jakie cechy powinien mieć dobry biatlonista?
- Przede wszystkim powinien być bardzo mocny psychicznie. Odporność odgrywa tu ogromną rolę, szczególnie na strzelnicy. Tam nie może zadrżeć serce, a często od jednego strzału wszystko zależy. Winien więc być spokojny, zrównoważony, a przy tym silny i precyzyjny. Ważna jest też umiejętność wyciszenia się i wyłączenia z tego, co dzieje się wokół.
A jakie są Pani najmocniejsze i te słabsze strony?
- Wydaje mi się, że moją najmocniejszą stroną jest bieg. Szczególnie w tym sezonie biega mi się znakomicie, lekko i luźno - to rezultat dobrego przygotowania. Popracować zaś muszę nad strzelaniem. Co prawda z roku na rok i w tym elemencie czuję się silniejsza, ale brakuje jeszcze stabilizacji. Lepsze momenty przeplatam słabszymi.
Co dalej? Jakie ma Pani sportowe marzenia i cele?
- Na razie mam nadzieję nadrobić wszystkie zaległości na studiach, bo przez ostatni czas trochę się ich nagromadziło. A pod koniec kwietnia zaczynamy przygotowania do nowego sezonu. Obozy, zgrupowania, treningi...
A rok 2006? Olimpiada w Turynie?
- Tak, tak, wiem. Oczywiście jest moim marzeniem. Czy uda się go zrealizować - zobaczymy, ale wierzę mocno, że tak.
Życzę więc tego mocno i dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
Nasz Dziennik 3-03-2004
Autor: DW