Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Pierwsze ostrzeżenie

Treść

Bezpieczeństwo energetyczne Polski jest zagrożone - takiego zdania są sejmowa opozycja i niezależni eksperci rynku paliwowego. Świadczą o tym perturbacje naszej gospodarki, spowodowane zablokowaniem przez rosyjski Gazprom dostaw gazu przez i na Białoruś, w tym również do Polski. Tylko kilkunastogodzinna przerwa w dostawach zmusiła największe w kraju zakłady chemiczne: w Policach, Puławach i Tarnowie, do znaczącego ograniczenia produkcji, udowadniając przy okazji, że jesteśmy całkowicie uzależnieni od rosyjskiego dostawcy. Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo potwierdziło w tym czasie, iż magazyny tego strategicznego surowca są wypełnione zaledwie w 20 proc. Odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi postkomunistyczny rząd, który nie był - i wszystko wskazuje na to, że niestety nie jest - w stanie zapewnić dywersyfikacji dostaw gazu do Polski. Opozycyjni posłowie zażądali wczoraj od Leszka Millera przedstawienia na forum Sejmu informacji na temat działań zapobiegających destabilizacji bilansu energetycznego kraju.
Spełniły się najgorsze scenariusze, na jakie wskazywali krytycy uzależnienia dostaw gazu do Polski z jednego źródła, w tym wypadku z Rosji. Tylko kilkunastogodzinne wstrzymanie dostaw tego surowca gazociągiem jamalskim na i przez Białoruś spowodowało poważne zamieszanie w polskiej gospodarce. Skutki przerwy najdotkliwiej odczuły zakłady Wielkiej Syntezy Chemicznej, zmuszone do ograniczenia produkcji, czego konsekwencją będzie wzrost kosztów i spadek przychodów. Eksperci i opozycyjni posłowie nie mają wątpliwości - kupując 65 proc. potrzebnego w kraju gazu, staliśmy się zbyt poważnie uzależnieni od jednego dostawcy.
Wprawdzie wczoraj około godziny 13.30 Gazprom poinformował Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, że transport gazociągiem jamalskim został przywrócony, ale wątpliwości pozostały. Mimo że tym razem obyło się bez krachu, to naocznie przekonaliśmy się, co oznacza uzależnienie Polski od de facto jednego dostawcy gazu i jak pilna jest potrzeba dywersyfikacji dostaw tego strategicznego surowca.
Konflikt gazowy między Rosją i Białorusią niemal natychmiast odczuła polska gospodarka. Zakłady Wielkiej Syntezy Chemicznej w Policach, Puławach i Tarnowie musiały ograniczyć produkcję. Mimo to zarówno z ust Marka Kossowskiego, szefa Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa, jak i ministra infrastruktury Marka Pola płynęły uspokajające słowa. Prezes Kossowski potwierdził, że do dziennego zbilansowania zużycia gazu brakuje Polsce ok. 5 mln metrów sześciennych tego surowca w ciągu doby. Dzienne zapotrzebowanie Polski na gaz w sezonie zimowym to 44-50 mln m sześc., a z granicy białoruskiej odbieraliśmy aż
13 mln dziennie. W związku z tym PGNiG zwiększyło pobór gazu z magazynów, krajowe wydobycie, odbiór z Ukrainy i zmniejszyło dostawy gazu do zakładów chemicznych, a i tak brakuje 5 mln m sześc. Kossowski przyznał, że na obecnym obniżonym poziomie Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo jest w stanie realizować dostawy do zakładów chemicznych tylko do 10 marca. Nie da się również ukryć, iż nasze magazyny są wypełnione gazem zaledwie w 20 proc., a mimo to sytuacja nazywana jest "normalną".
Jedyne co miał do powiedzenia na temat afery gazowej minister infrastruktury Marek Pol, pytany, czy nie czuje się odpowiedzialny za taki stan rzeczy, to, iż "najgorszym co mogłoby się stać to fakt, że dziennikarze zrobią z całej sytuacji sensację". - Z tego, co wiem, to ministerstwo gospodarki i PGNiG kontroluje całą sytuację - stwierdził.
Tego zdania nie podzieliła jednak opozycja. Platforma Obywatelska zażądała uzupełnienia porządku obrad posiedzenia Sejmu o informację rządu na temat działań zapobiegających destabilizacji bilansu energetycznego kraju. Zdaniem posłów, rząd Leszka Millera nie ma żadnych planów na zabezpieczenie Polski i naszej gospodarki przed brakiem dostaw gazu.
- Mam wrażenie, że Miller próbuje się chować za Markiem Kossowskim, twierdząc, iż to jest problem między Gazpromem a PGNiG - ocenił Jan Rokita, zaznaczając, że mamy do czynienia ze "sprawą najwyższych interesów gospodarczych państwa polskiego".
Tego samego zdania jest Prawo i Sprawiedliwość, które domaga się natychmiastowego powołania działającego pod nadzorem Sejmu sztabu antykryzysowego do zbadania potencjalnego zagrożenia bezpieczeństwa energetycznego kraju. Szef klubu PiS Ludwik Dorn wezwał do ustąpienia wicepremiera Pola i postawienia przed Trybunałem Stanu osób odpowiedzialnych za uzależnienie Polski od dostaw gazu z jednego kraju i tym samym narażenie naszego państwa na utratę bezpieczeństwa energetycznego. PiS domaga się także powołania specjalnej komisji śledczej w tej sprawie.
- W tej chwili nie ma zagrożenia tylko dlatego, że Łukaszenko zdecydował się ulec Putinowi. Ale gdyby nie to, wytrzymalibyśmy około miesiąca. To jest sytuacja niebezpieczna i nigdy nie powinno było do niej dojść. Ja nawet cieszę się, że doszło do tego kryzysu, bo to ważne i namacalne ostrzeżenie, do czego doprowadzimy, nie dywersyfikując naszych dostaw - twierdzi Halina Nowina Konopczyna (Koło Poselskie Porozumienia Polskiego).
W lutym ubiegłego roku wicepremier Pol renegocjował kontrakt jamalski. Zakończenie negocjacji rząd uznał za "ogromny sukces". Ale nawet niezbyt wnikliwa analiza ustaleń poczynionych ze stroną rosyjską pokazała, że zablokowano tym samym podstawową kwestię - zapewnienia dywersyfikacji dostaw gazu ziemnego do Polski. Zmieniony kontrakt w rzeczywistości zmusił Polskę do kupna w ciągu najbliższych kilkunastu lat zdecydowanie większych ilości gazu od Gazpromu, niż będzie nam potrzebne. Co więcej - po cenach w praktyce uniemożliwiających jego dalszy tranzyt. I nawet fakt, iż właśnie wczoraj PGNiG podpisało memorandum z norweską spółką Statoil, na podstawie którego mają być prowadzone rozmowy o dostarczaniu gazu norweskiego, nie jest w stanie zmienić na naszą korzyść tej patowej sytuacji. PGNiG już za kilka lat może mieć bowiem poważne kłopoty ze zbytem zakontraktowanego surowca. Także dlatego, że na mocy nowego prawa energetycznego Urząd Regulacji Energetyki może udzielać firmom prywatnym koncesji na niezależny handel gazem z zagranicą. Ponadto po przystąpieniu do Unii Europejskiej będziemy musieli zliberalizować nasz rynek handlu gazem.
Kryzysową sytuację w Polsce i na Białorusi zapoczątkowała środowa informacja Gazpromu o przerwaniu transportu gazu. Rosyjski dostawca oskarżył białoruski Biełtransgaz o "podkradanie" surowca. Reakcja Mińska była natychmiastowa - odwołano ambasadora z Moskwy, a prezydent Aleksander Łukaszenko nazwał decyzję Gazpromu "aktem terroryzmu". Poinformował jednocześnie, że Białoruś jest gotowa kupować od Rosji gaz "na warunkach Putina".
- Jak Putin chce, żebyśmy płacili te pieniądze, to proszę bardzo - zabierzemy je ofiarom katastrofy w Czarnobylu i kombatantom, którzy gnili w okopach - powiedział prezydent Białorusi na spotkaniu z członkami rządu.
Gazprom domaga się od Białorusi płacenia za gaz według cen rynkowych. Wczoraj po południu doszło do podpisania nowej umowy, według której Białoruś ma płacić po ok. 60 USD za 1000 m sześc. gazu. To i tak niemal dwukrotnie mniej niż płacą zachodni kontrahenci Gazpromu.
Mikołaj Wójcik



Andrzej Szczęśniak, były prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych, ekspert Centrum im. Adama Smitha:
Nie podzielam optymizmu przedstawicieli rządu. Oto bowiem spełniają się najgorsze przepowiednie. Padamy nawet ofiarą czyichś porachunków. A my nie możemy sobie pozwolić na stanie się obiektem szantażu gazowego. Jesteśmy zbyt poważnie uzależnieni od jednego kierunku dostaw. Dla przykładu - państwa Unii Europejskiej od wszystkich zewnętrznych dostawców kupują 40 proc. swojego gazu i oceniają ten poziom jako niebezpieczny mimo znacznej dywersyfikacji tych dostaw. Polska kupuje 65 proc. i to z jednego kierunku.
Podpisanie wczoraj przez PGNiG memorandum z norweskim Statoilem przyjmuję ze śmiechem. W opinii fachowców, nawet tych z Norwegii, ten kontrakt jest już przekreślony. Takie rzeczy trzeba było podpisywać dwa lata temu. Dziś już chyba lepiej nie podpisywać niczego. Bo gdy sytuacja pokazuje, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od jednego dostawcy, drugi może również podyktować swoje warunki.
Dziś rząd płaci za swoje błędy. Teraz najważniejsza będzie determinacja w wystąpieniu do strony rosyjskiej o odszkodowanie za całe zajście. Uzyskanie takiej rekompensaty i jej wysokość będą kluczowe w ocenie tego kryzysu.
MW
Nasz Dziennik 20-02-2004

Autor: DW