Pasterka pod gołym niebem
Treść
Z ks. dr. Michałem Bajcarem, proboszczem parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Gródku Jagiellońskim na Ukrainie, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Boże Narodzenie to obok Wielkanocy najbardziej uroczyste święta w Kościele katolickim. Jak obchodzą je wierni na Ukrainie?
- Święta Bożego Narodzenia na Ukrainie obchodzone są bardzo uroczyście. Dawniej dla wiernych, którzy musieli przemierzać wiele kilometrów, by dotrzeć do Kościoła, była to także okazja do spotkań w gronie rodzinnym. Pamiętam, że w mojej rodzinie niezależnie od tego, gdzie kto przebywał, gdzie się uczył czy pracował, na święta zawsze zjeżdżał do domu. Nie było to łatwe chociażby dlatego, że w ZSRS nie szanowano uczuć religijnych. Dlatego chcąc przeżyć święta z rodziną, trzeba było ratować się urlopem w pracy czy zwolnieniem na uczelni. Może właśnie dlatego święta były jeszcze bardziej upragnione i wyczekiwane niż dzisiaj. Tak to już jest, że mając coś, nie zawsze potrafimy to uszanować. Dzisiaj w większych skupiskach Polaków, tam gdzie są świątynie, życie świąteczne toczy się wokół kościoła. Budowane są szopki, śpiewane, kolędy, pastorałki, a także wystawiane są przedstawienia kolędnicze. Również w br. w Gródku Jagiellońskim tej tradycji stanie się zadość. Z kolei w mniejszych ośrodkach życie religijno-kolędnicze toczy się wokół rodzin katolickich.
Czy tradycja śpiewania kolęd jest równie bogata jak w Polsce?
- W domach, zwłaszcza mieszanych, zawsze była żywa tradycja śpiewania kolęd. Za komuny, szczególnie na wioskach, ludzie śpiewali je w kościołach, a także w tych cerkwiach, które były otwarte. W mojej rodzinnej miejscowości Hałuszczyńce pod Tarnopolem po Pasterce nikt nie opuszczał świątyni, którą jeszcze długo wypełniał śpiew. Przez cały okres Bożego Narodzenia przychodziliśmy do kościoła dużo wcześniej, aby kultywować tę piękną tradycję. Kolęd nie mogło zabraknąć w rodzinnych domach. Pamiętam, jak mój ojciec intonował kolędy, a wszyscy domownicy śpiewali wraz z nim. Po domach chodzili kolędnicy, tzw. wertepy, którzy pięknie śpiewali. Dzisiaj ta tradycja powoli zanika. Młodzi nie znają kolęd na pamięć i nie są w stanie samodzielnie bez kartki ich zaśpiewać.
Od lat zabiega Ksiądz o przywrócenie do kultu Kościoła w Komarnie. Ta piękna opustoszała świątynia niszczeje w oczach, a wierni zmuszeni są gromadzić się na modlitwie w cmentarnej kaplicy. Czy tegoroczną Pasterkę też przyjdzie im spędzić pod gwiazdami?
- Patrząc z perspektywy świąt i wielkiej radości związanej z tym czasem, kiedy spojrzymy na kościół w Komarnie, łzy same cisną się do oczu, a usta milkną zaciśnięte w bólu i żalu. Od wielu lat jest to wielka, niezabliźniona rana Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie, która wciąż krwawi. Jak bowiem inaczej nazwać fakt, że Ukraińcy mają dwie swoje świątynie, a my - szczególnie w okresie świątecznym, kiedy jest więcej ludzi, którzy chcą się wyspowiadać - musimy się cisnąć w cmentarnej kaplicy. Trzeba się dużo modlić przede wszystkim za tych ludzi, którzy przeszkadzają, bo to w nich tkwi przyczyna. Warto się też zastanowić, skąd u nich tyle niezrozumienia, zaciekłości, a może złości i dlaczego tak długo to trwa. Przecież z jednej strony ludzie ci uważają się za wierzących, modlą się, mają świadomość przynależności do Cerkwi, sami obchodzą święta, z drugiej zaś patrzą obojętnie, jak obok stoi pusty kościół, widzą, że jest wspólnota, która nie może się modlić w swojej świątyni i nawet nie próbują tego zmienić. Jest to jakaś przedziwna tajemnica, co człowiek może zrobić ze swoim sumieniem... Jest niby wolna Ukraina, a nasza świątynia wciąż stoi zamknięta. Ktoś obok się modli, uważa się za wierzącego, a nie zadaje sobie pytania, dlaczego mój brat czy siostra nie mogą się modlić w godnych warunkach, a uroczystości Świąt Bożego Narodzenia są zmuszeni przeżywać niemal pod gołym niebem? Wszystkich Czytelników "Naszego Dziennika", którzy będą czytać te słowa, proszę o modlitwę za naszą wspólnotę i za ludzi, którzy nie pozwalają, by kościół w Komarnie pełnił rolę domu modlitwy.
Boże Narodzenie to także czas spotkań w gronie rodziny, przyjaciół...
- Muszę się przyznać, że w moim rodzinnym domu mniej oglądaliśmy telewizję, a więcej rozmawialiśmy. Przypomnę, że były to czasy, kiedy człowiek się cieszył ze swojej przynależności do Kościoła, że jest człowiekiem wierzącym. Radość dawała wiara, jaką wynieśliśmy z domu, poczucie polskości i przywiązanie do tradycji poprzez kolędy, pastorałki, wzajemne odwiedziny w gronie rodziny i przyjaciół. Ludzie niezależnie od przynależności religijnej czy wyznaniowej żyli obok siebie, pomagali sobie i nie robili sobie przykrości. Tymczasem dzisiaj w pogoni za sprawami doczesnymi gubimy, tracimy to, co dziś mamy na wyciągnięcie dłoni, a co kiedyś było zabronione, upragnione i z trudem zdobywane. Trzeba pamiętać, że tam, gdzie przyjaźń, ludzie są w stanie pokonać trudności, tam, gdzie jej brak, żyje się jak za komuny, a nawet gorzej.
Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia Redakcji i Czytelnikom "Naszego Dziennika" pragnę złożyć najlepsze życzenia: zdrowia, szczęścia i błogosławieństwa Bożej Dzieciny. Szczęść Boże!
Dziękuję za rozmowę.
"Nasz Dziennik" 2008-12-23
Autor: wa