Otworzyłam kilka dróg
Treść
Rozmowa z Sylwią Ejdys, biegaczką AZS AWF Wrocław
Sprawiła Pani bardzo miłą niespodziankę - pewnie przede wszystkim sobie - wygrywając bieg na 1500 podczas niedzielnych zmagań Superligi. Gratulujemy!
- No tak, chyba nikt się nie spodziewał mojej wygranej, tym bardziej ja sama (śmiech). Z drugiej jednak strony, miałam nadzieję, że jeśli bieg będzie stosunkowo wolny, to może uda mi się coś ciekawego zdziałać na końcówce. Ostatnie metry biegam bowiem z reguły dobrze i... wszystko ułożyło się po mojej myśli.
Cenne było nie tylko zwycięstwo, ale i fakt, że pokonała Pani Rosjankę Julię Fomienko - jedną z najlepszych zawodniczek świata na tym dystansie.
- Bardzo się cieszę, że pokonałam biegaczkę tej klasy. Taki sukces motywuje, mobilizuje do dalszej, cięższej pracy, dodaje wiary w siebie. Przekonałam się, że mogę wygrać nawet z najlepszymi, murowanymi faworytkami, wiele zależy od dyspozycji dnia, przeróżnych niuansów. Nie ukrywam, że od niedzieli zaczęło się przede mną otwierać wiele dróg, wierzę, że już na stałe przebiłam się do świata polskiej lekkiej atletyki.
Zaimponowała Pani wspomnianą już końcówką biegu, gdy tuż przed metą wyprzedziła wszystkie rywalki - takie były założenia taktyczne?
- Przed każdym biegiem zwykle obmyślam pewien plan, ale i tak wszystko zależy od sytuacji na bieżni. Tym razem nastawiałam się na dwa scenariusze. Gdyby bieg był szybki, chciałam trzymać się tempa, by uzyskać minimum na mistrzostwa świata w Osace. Gdyby był wolniejszy - miałam zaatakować na ostatnich metrach. Wiem bowiem, że końcowe 200 m potrafię pobiec naprawdę dobrze. Okazało się, że tempo było wolne, do minimum zabrakło mi sekundy, ale wygrałam.
Szybka końcówka to Pani znak rozpoznawczy?
- Nie miałabym nic przeciwko. W ubiegłym roku w podobny sposób zdobyłam złoty medal mistrzostw Polski, świetnie rozgrywając finiszowe 200 metrów. Mam nadzieję, że będę umiała w takim stylu wygrywać biegi toczone w szybszym tempie. O ile końcówka jest już niezła, o tyle przede mną naprawdę dużo pracy. Muszę poprawić m.in. wytrzymałość, jeśli tak się stanie - powinnam uzyskiwać dużo lepsze czasy.
Krok po kroku idzie, a raczej biegnie Pani do przodu, przełomowym był chyba zeszły rok, w którym poprawiła Pani swój najlepszy wynik na 1500 metrów aż o 13 sekund?
- To prawda. Muszę przyznać, że pod kątem ściśle dystansu 1500 m trenuję od dwóch lat, dopiero w zeszłym roku zaczęłam biegać mocniej i częściej. Wcześniej nie mogłam się jakoś przyzwyczaić. Rok temu swój życiowy rekord poprawiłam o 13 sekund, w tym już o 2,5. I wierzę, że to nie wszystko. Dziś już mogę powiedzieć, że 1500 m to mój dystans.
Co pomogło wykonać krok w przód?
- Myślę, że bardzo pomogła mi współpraca z trenerem kadry, Markiem Jakubowskim. To świetny specjalista od biegów średnich, poza tym potrafi pracować z kobietami, co wcale nie jest takie proste. Okazało się też, że znakomitym bodźcem są dla mnie obozy wysokogórskie. Po kilku tygodniach treningów na wysokości powyżej 1500 m n.p.m. poprawiają się parametry krwi, człowiek mniej się męczy, biega lżej, swobodniej.
Mam jednak świadomość, że teraz będzie trudniej uszczknąć jedną sekundę niż lat temu trzynaście. Ale z drugiej strony uważam, że jestem na to przygotowana, jeśli tylko trafię na jakiś szybki bieg, powinno być dobrze.
W zeszłym roku zdobyła Pani drużynowy srebrny medal mistrzostw Europy w przełajach - starty w krosie są odskocznią czy też czymś poważniejszym?
- Nie, nie, biegi przełajowe były dla mnie doskonałym treningiem i budulcem wytrzymałościowym pod sezon halowy. Tak naprawdę nigdy nie lubiłam specjalnie biegać krosów, ale po każdym sezonie starałam się to robić, żeby wzbudzić w sobie charakter. Rok temu na mistrzostwach Europy musiałam pokonać dystans aż 6 km, to było ogromne wyzwanie. Cały czas musiałam z sobą walczyć, by coś osiągnąć, ale się udało. Taka lekcja charakteru mocno mi jednak pomagała, bo nie ma przecież nic ponad zwycięstwo nad swoimi słabościami.
Osaka, Pekin - nazwy tych miast wywołują u Pani przyspieszone bicie serca?
- Pewnie, to marzenia - Osaka bliższe, Pekin dalekie, ale coraz bardziej możliwe do zrealizowania. Bardzo bym chciała zakwalifikować się do kadry na mistrzostwa świata, o igrzyskach pomyślę później. Start w Osace byłby świetnym przetarciem przed Pekinem.
Co zatem trzeba uczynić, by do obu tych miast dobiec?
- Byłoby wspaniale, gdybym znała receptę na sukces, ale to byłoby zbyt łatwe. Nie ma innej drogi: trzeba trenować, trenować i jeszcze raz trenować, w pracę wkładać jak najwięcej systematyczności i regularności.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
"Nasz Dziennik" 2007-06-28
Autor: wa