Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Ostatnia prosta

Treść

Przejście do II tury dwóch liderów prezydenckiego maratonu - Donalda Tuska i Lecha Kaczyńskiego, dla nikogo nie było zaskoczeniem. Niespodzianką dla wielu okazała się natomiast nikła różnica poparcia między obu politykami. Nas zbliżony wynik wyborczy Kaczyńskiego i Tuska nie zaskoczył, ponieważ już kilka dni wcześniej przewidywaliśmy, że - wbrew sondażom - poparcie dla obu kandydatów będzie wyrównane, o czym pisaliśmy 4 października w artykule "Kaczyński coraz bliżej prezydentury".
Kandydatów PiS i PO oraz ich sztaby wyborcze czekają teraz dwa tygodnie morderczej kampanii przed II turą, podczas której o wyniku wyborów może przesądzić jeden fałszywy gest czy nieprzemyślane słowo.
Obaj będą się starali przyciągnąć do siebie elektorat pozostawiony po tych, którzy odpadli w I turze wyborów. Chodzi zwłaszcza o wyborców Andrzeja Leppera i Marka Borowskiego. Na pozyskanie pierwszych duże szanse ma Kaczyński, ponieważ są to wyborcy o poglądach zdecydowanie antyliberalnych. Z drugiej strony - zbyt niski ukłon w stronę Samoobrony może Kaczyńskiemu zaszkodzić, powodując przepływ części centroprawicowego elektoratu do rywala.
W podobnie trudnej sytuacji znajduje się Donald Tusk. On z kolei liczy na część postkomunistycznego elektoratu Borowskiego, która nade wszystko pragnie zagrodzić drogę Kaczyńskiemu i jego planom budowy IV Rzeczypospolitej. Tusk, prezentujący się dotąd jako kandydat postsolidarnościowy, może jednak na tym tyle samo zyskać, co stracić, a ewentualne poparcie jego osoby przez ustępującego prezydenta Kwaśniewskiego, uwikłanego w aferę Orlenu, może okazać się dla niego swoistym pocałunkiem śmierci. Zresztą taki gest znakomicie ułatwiłby kampanię konkurentowi, stanowiąc oczywisty dowód, że Tusk jako prezydent chce pozostawić wszystko po staremu. Tymczasem większość wyborców tak Kaczyńskiego, jak i Tuska chce przecież naprawy państwa, co nie ulega wątpliwości.

Tusk straszakiem
Wydaje się, że w II turze Kaczyński będzie mógł liczyć na większe poparcie ze strony elektoratu narodowego, który w wyborach parlamentarnych głosował m.in. na LPR. W I turze pewna część tych wyborców prawdopodobnie nie poszła na wybory, uznając, że nie ma na kogo głosować, jednak perspektywa wywalczenia prezydentury dla Tuska - zwolennika włączenia Polski do eurostrefy i likwidacji państwa narodowego - może sprawić, że tym razem pójdą do urn.
Na Tuska przerzucą z pewnością swoje głosy wyborcy Henryki Bochniarz, może też niewielka część elektoratu Korwina-Mikkego.
Bilans możliwych przepływów elektoratów pokazuje, że Kaczyński ma większe od Tuska możliwości pozyskania nowych wyborców w II turze, co nie przesądza samo przez się, że zdoła to uczynić.
Niezwykle trudne będzie natomiast przyciągnięcie ogromnej 50-procentowej rzeszy wyborców, którzy, w przekonaniu, że to i tak nic nie zmieni, przestali korzystać z praw wynikających z demokracji.

Medialna kreacja
Często można usłyszeć opinię, że obu kandydatów do prezydentury wykreowały na liderów media i pracownie badań opinii publicznej... Lubią to powtarzać zwłaszcza politycy, którzy odpadli w wyścigu prezydenckim.
Z takim wrzuceniem liderów I tury do jednego worka z napisem: "ulubieńcy mediów", trudno się zgodzić. Przecież widać było aż nadto wyraźnie, że tylko jeden z nich - Donald Tusk - cieszył się w kampanii życzliwością mediów, zwłaszcza TV publicznej. 36-procentowy wynik, jaki osiągnął, jest w znacznej mierze właśnie dziełem mediów, które na wyścigi starały się wykreować temu "chłopcu w krótkich spodenkach" wizerunek poważnego polityka, wręcz męża stanu. Szefowie mediów mogą mówić o wielkim sukcesie na tym polu, zważywszy, że Tusk nigdy nie był wyrazistym politykiem, a z zamiarem kandydowania wyskoczył w ostatniej chwili jak Filip z konopi.
Kandydatura Kaczyńskiego funkcjonowała natomiast w opinii publicznej od dawna, przynajmniej od czasu, kiedy objął urząd prezydenta stolicy. Ponadto to on najwcześniej spośród kandydatów rozpoczął kampanię wyborczą. Krótko mówiąc - Kaczyński sam zapracował na swój sukces i zarzut medialnej kreacji jest dla niego z pewnością krzywdzący.
Małgorzata Goss

"Nasz Dziennik" 2005-10-11

Autor: ab